piątek, 24 marca 2017

Czy na Grzesia potrzebny jest czekan? Lekcja pokory.

Czy na Grzesia potrzebny jest czekan? Lekcja pokory.
Grześ, Rakoń, Wołowiec
Moją pierwsza myślą po przeczytaniu takiego pytania byłoby to, że ktoś znowu zbiera najzabawniejsze pytania tatrzańskich turystów w jeden artykuł. Drugą, że to podsumowanie niektórych postów w tatrzańskich grupach internetowych. I pewnie uśmiechnęłabym się pod nosem, bo przecież kto pyta, nie błądzi, ale jednak brzmi to zabawnie. I w tym przypadku was, moi drodzy, zaskoczę. Bo, by wejść na ten niepozorny szczyt, możemy potrzebować tego małego przyjaciela.

Ale od początku... Jak pewnie zauważyliście, początkiem marca wybrałam się w Tatry, gdyż tęsknota przybrała wymiar, utrudniający funkcjonowanie pośród ludzi. Tygodniowy urlop rozpoczęłam w Tatrach Wysokich, a zakończyłam w ich zachodniej części. I o tej drugiej dziś wam opowiem.

W 2016 roku wymyśliłam sobie popularną trasę zimowych spacerów: Wołowiec przez Grzesia i Rakoń. Latem taki trekking może dać wędrowcowi ledwie sapnięcie, ale zimą może być różnie. Nie udało mi się dotrzeć do celu, bowiem śnieżyca ograniczała widoczność niemal do zera i w pewnym momencie nie wiedziałam już, skąd przyszłam. Choć moja ambicja stanęła przed poważnym wyzwaniem, zawróciłam 30 minut od Wołowca, obiecując sobie, że wrócę tam i powiem ostatnie słowo. Bezpieczeństwo ponad wszystko. 
Rakoń
 Pięknie, prawda? I znalazło się nawet miejsce dla czekana. :)

Ten szczyt nie dawał mi spokoju przez cały kolejny rok, bowiem jestem przyzwyczajona, że bez większych problemów wchodzę sobie tam, gdzie chcę. A nie wejść na taką górkę... Mamy więc marzec. Jadę rozprawić się z draniem! W schronisku poznaję szaloną ekipę, wśród której jest Mateusz (kliknij w jego blog). Mateusz przegrał z Wołowcem już dwa razy, więc wiele wskazuje na to, że determinacji w zespole nie zabraknie. Po szybkim śniadaniu i przygotowaniu sprzętu - ruszamy. Słyszymy wyjący wiatr, hulający pomiędzy drzewami, ale pocieszamy się, że jakoś to będzie. O, święta naiwności! Tuż po wyjściu ponad granicę lasu odczuliśmy, co w praktyce oznacza halny, osiągający prędkość do 115 km/h. 
Grześ, Rakoń, Wołowiec

Zaczęło nas wywracać jak małe ludziki Lego. Na nic zdało się wbijanie kijków, na nic zdały się raki. Po każdej próbie podniesienia się, znowu lądowaliśmy na kolanach, a stwardniały śnieg ciął nam twarze. Chwilę wcześniej minęliśmy chłopaków, którzy doszli do celu, ale metodą na gąsienicę z asekuracją... czekanem. Tak, użyli czekana na Grzesiu, podczas gdy mój spokojnie spoczywał pod schroniskowym łóżkiem. Bo, bez jaj, kto bierze czekan na taką trasę? Przy regularnej utracie gruntu pod nogami decyzja mogła być tylko jedna – zawracamy. Tak, tym razem nie dotarłam nawet na Grzesia, bo do szczytu zabrakło ok. 5-10 minut. 
Grześ, Rakoń, Wołowiec
A na Polanie Chochołowskiej niczym niezmącony spokój
Podsumowując, Wołowiec ma na swoim koncie wynik 2:0, pokazując mi, że jednak nie mogę sobie wejść wszędzie, gdzie chcę i czas najwyższy nabrać choć odrobiny pokory. Do trzech razy sztuka, mówią. I tego się trzymam!

PS Po powrocie do pracy usłyszałam, że ładnie mnie słonko opaliło w tych górach, bo mam taką czerwoną twarz. You know nothing, Jon Snow...

wtorek, 14 lutego 2017

6 rzeczy, które czekają cię, gdy zakochasz się w góromaniaczce

6 rzeczy, które czekają cię, gdy zakochasz się w góromaniaczce
Tatromaniacy
Czujesz motyle w brzuchu, bo ta interesująca kobieta zwróciła na Ciebie uwagę. Wszystko idzie w dobrym kierunku i wreszcie postanawiasz się z nią związać. Podoba ci się to, że ma pasje i lubi żyć aktywnie. Mówiła, że kocha góry. Być może nie wiesz jeszcze co cię czeka, więc postaram się przybliżyć po części twoją bliższą i dalszą przyszłość. Liczę przy tym na sporą dozę dystansu, jednocześnie powstrzymując się od chęci nazwania tego wszystkiego „Story of my life”.

  1. Zapomnij o urlopie na plaży

Morza szum, ptaków śpiew i złota plaża pośród drzew. Wszystko to w letnie dni... z pewnością nie grozi Ci. Skoro już udało się ustalić termin ze współpracownikami, co nierzadko poprzedzone jest batalią, i wszystko jest już przyklepane, to szkoda byłoby nie wykorzystać takiej okazji na bezstresowe pochodzenie po Tatrach dłużej niż przez 3 weekendowe dni. Gratulacje! Od teraz czekają Cie dwa tygodnie wstawania o 5., bo na Rysy nie wchodzi się w dwie godziny, a poza tym wschód słońca w górach jest tak piękny, że szkoda go przespać.

  1. Dziewczyna gór nie będzie stroić się w nieskończoność przed każdym wyjściem
… bo jest przyzwyczajona do tego, żeby wstawać o świcie i lecieć na szlak, niekoniecznie wyglądając jak panie z okładki Elle. To akurat pozytyw. Nie zdziw się jednak, jeśli na randkę przyjdzie w swoim najlepszym wydaniu, tj. w softshellu na specjalne okazje.

  1. Jest zawsze gotowa

Niestety, nie chodzi o to, o czym pomyślałeś. Jak góry ją zawołają, to spakuje plecak nawet w 15 minut. Nie wolno odmówić potrzebie, która w piramidzie Maslowa znajduje się tuż obok jedzenia.

  1. Będziesz poddany testowi


    Zawsze powtarzam, że góry to najlepszy możliwy test osobowości. Zmienna pogoda, duże sumy przewyższeń, brak sklepów po drodze, zmęczenie. Trzeba mieć niezły charakter, żeby przyjmować to z uśmiechem i wracać po więcej. Nie zdziw się, jeśli zostaniesz poddany weryfikacji. Co mogę dodać – powodzenia!

  1. Nie będziesz musiał oglądać kolejnej części Greya w Walentynki

    ...ale, jeśli powstanie remake K2, to na pewno nie ominie cię ta wiadomość. Rzecz ma się podobnie z filmami o wspinaczach, pokazami filmów o tematyce górskiej, festiwalami i targami.

  1. A, gdy postanowisz się z nią ożenić...

O, stary. Przygotuj się na utworzenie osobnej kategorii w domowym budżecie. Nie istnieje takie pojęcie jak zbyt wiele koszulek technicznych. Oto twoja przyszłość: najlepsza tapeta na komputer to Tatry, na ścianie wielkoformatowa fotografia Tatr i czekan, a na półce zylion archiwalnych numerów N.P.M. I tak będziesz szczęściarzem, jak nie nazwie waszych dzieci Jurek i Wanda. Ale nie martw się – żeby się z nią ożenić, musisz najpierw oświadczyć się wyżej niż nad Morskim Okiem. A teraz zgadnij, gdzie będziecie mieć sesję ślubną. :) 

PS Nie mędrkuj o wypadkach w górach, nie mów, że akcje TOPR powinny być płatne i nie panikuj, gdy wyjeżdża na małe łojenie. Pamiętaj tylko o jednej istotnej kwestii: te wszystkie rzeczy na pewno nie kosztowały tyle, ile ci powiedziała, więc - zanim je opchniesz - sprawdź ceny w internecie.

Nie pękaj, są też pozytywy, ale o tym opowiem ci innym razem. 

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Góry Izerskie zimą: Smrek

Góry Izerskie zimą: Smrek
Smrek
Jestem ostatnią osobą, dla której krótsze dni i ujemne temperatury oznaczają tylko długie i nieprzyjemne oczekiwanie na wiosnę. Wręcz przeciwnie - to tak samo dobra pora roku na górskie wędrówki, jak każda inna. Trzeba tylko pamiętać o bardzo dokładnym planowaniu czasu przejść i dobrej odzieży. A ile frajdy w zamian! Dziś zapraszam na kilka migawek z wycieczki na Smrek, najwyższy szczyt czeskiej części Gór Izerskich. Co to za zabawna nazwa? To po prostu świerk. Rósł tam przez wiele lat, ale dziś niestety już go nie zobaczymy, bowiem powaliła go burza

Pieszą część trasy rozpoczęłam od stacji kolejki na Stogu Izerskim, tuż obok stoku narciarskiego, gdyż moja druga połowa jest uzależniona od śnieżnego szaleństwa, co tylko przysparza mi dodatkowych okazji do serwowania nogom kolejnych kilometrów bez konieczności korzystania z transportu publicznego. Jeśli nie jesteście zmotoryzowani, najlepiej będzie rozpocząć przy Domu Zdrojowym w Świeradowie-Zdroju.

Od schroniska na szczyt wiedzie niezwykle prosty, zaledwie 50-minutowy odcinek, oznaczony zielonym kolorem. Znajduje się tam obelisk pamięci Theodora Kornera oraz 20-metrowa wieża widokowa, która przy dobrej widoczności zapewni nam panoramę, której piękno trudno oddać nawet na zdjęciach. 


Uwaga! Przy ujemnych temperaturach na górnej platformie wieży leży wielka pokrywa lodowa, której fragmenty spadają, podtapiane przez słońce. Jeśli zdecydujecie się na wejście, zachowajcie maksimum ostrożności, żeby nic nie spadło wam na głowę.


Smrek to bardzo popularny szczyt latem, dlatego zdecydowanie polecam eksplorowanie tych okolic właśnie zimą. Podczas mojej kilkunastokilometrowej wędrówki, zarówno w stronę Smreka, jak i w kierunku Rozdroża pod Kopą, spotkałam tylko dwie osoby! I kilka bałwanów, bo co to za zima bez nich. :)


piątek, 30 grudnia 2016

Realizacja celów i postanowień. Dlaczego ci nie wychodzi?

Realizacja celów i postanowień. Dlaczego ci nie wychodzi?
Cele noworoczne
Nowy Rok ma tę magiczną moc, że kojarzy nam się z czystą kartką. Wszyscy zapisują na niej niezliczoną ilość postanowień i wizji, kreują wyobrażenie siebie za 12 miesięcy. Najczęściej jednak wszystkie te zapiski już w lutym trafiają do szuflady i nic się nie zmienia. Dlaczego? Widzę przynajmniej kilka powodów takiego stanu rzeczy:

1. Myślenie życzeniowe i brak konkretów

To świetnie, że chcesz być bogaty i ważyć 10 kilo mniej, ale, jeśli nie ustalisz jak konkretnie to osiągniesz, to nie ma sensu wyciągać kalendarza i zapisywać ciągle tych samych założeń.

a. Schudnę 10 kilogramów.

b. Schudnę 10 kilogramów:

- Biegi 3 razy w tygodniu, minimum 5 kilometrów. Wtorek, czwartek, sobota.
- Trening siłowy minimum 1x w tygodniu
- Odrzucenie żywności przetworzonej.
- Zamiana autobusu na rower.

Widzisz różnicę? Każde postanowienie musi wiązać się z tym JAK konkretnie masz zamiar to zrobić.

2. Żeby mi się chciało tak, jak mi się nie chce

Jesteś po prostu leniwy i zawsze znajdziesz 5 powodów na to, by coś sobie odpuścić. Dlaczego więc nie zrobić tego już w styczniu i darować sobie rozczarowanie 12 miesięcy później?
Jeśli tym razem ma być inaczej, to trzeba zrobić tak, jak z porannym wstawaniem. Żadnych drzemek, słyszysz dzwonek – wstajesz. I już. Nigdy nie zdarzyło mi się żałować, kiedy zmusiłam się do przebiegnięcia kilku kilometrów, mimo zmęczenia, dziesięciu rzeczy do zrobienia i rosnącej góry naczyń w zlewie. Wręcz przeciwnie – jedno działanie pociągnęło za sobą szereg kolejnych.

3. Po prostu tego nie chcesz

Nie wyobrażam sobie, żeby nie poświęcać maksimum swojego czasu i energii na coś, czego bardzo mocno chcę. Jeśli tego nie robisz, to po prostu ulegasz grudniowemu szaleństwu spisywania postanowień noworocznych, ale nie idzie za tym żadna głębsza refleksja. Każdy tak robi, więc ty też. Może po prostu nie musisz ważyć 50 kilogramów, mieć miliona na koncie i przebiec trzech maratonów. Może ważniejsze, niż życie jak z instagrama będzie dla ciebie to, by przynajmniej raz w miesiącu pójść do lasu i spędzić każdą niedzielę z bliskimi bez internetu i telewizji. I to jest ok!

4. Za dużo na raz

Spisujesz 30 zmian, które obejmą każdy możliwy aspekt twojego życia, począwszy od kuchni, przez stan konta bankowego, na pozycji społecznej skończywszy. Dużo prościej jest wprowadzać je stopniowo. Na przykład jedną w każdym miesiącu. Mówi się, że 21 dni to wystarczający czas, by wykreować u siebie nawyk i ja się z tym zgadzam. Możesz ustalić styczeń miesiącem bez mięsa, luty miesiącem oszczędzania i porządkowania finansów, a każdy kolejny miesiąc opatrzyć innym motywem. To znacznie prostsze, niż wprowadzanie wszystkiego jednocześnie.

5. Brak motywacji

To normalne i sądzę, że dopada każdego, dlatego bardzo ważne jest, by motywować się codziennie. Nie ma znaczenia, czy będą to zdjęcia innych osób, ciekawe cytaty, interesujące książki lub podcasty. Należy utrzymywać poziom samozaparcia na jak najwyższym poziomie, a, jeśli z jakiegoś powodu nie uda się tego zrobić, nie ma sensu się na tym skupiać, tylko przeczekać chwilę i nadal robić swoje.

Być może uznasz, że powyższe twierdzenia to jedynie truizmy, ale ja będę upierać się, że mają one bardzo duże znaczenie. Dlaczego? Bo jestem wśród kilku procent osób, którym udało się zrealizować większość swoich celów w 2016 roku właśnie dzięki tym działaniom. W ciągu najbliższych kilku tygodni opublikuję wpisy, zawierające popularne postanowienia noworoczne wraz z pomysłami na to, jak je zrealizować. Będą one oparte na dziedzinach, które chciałam ulepszyć u siebie i udało mi się to zrobić w mijającym roku. Wszystkiego najlepszego w nadchodzących miesiącach. Sięgajcie nieba!

poniedziałek, 5 grudnia 2016

7 aplikacji na Androida dla podróżujących

7 aplikacji na Androida dla podróżujących
Aplikacje podróżnicze
Nie należę do osób, które chłoną każdą nowinkę z zakresu odzieży outdoorowej. Nie muszę mieć majtek z membraną czy też butów o wartości dwóch moich pensji. Wystarczą mi ukochane spodnie biegowe, na widok których moi bliscy rwą sobie włosy z głowy i obuwie firmy, którą uwielbiam. Choć w rankingach nie ma peanów na ich cześć, sprawdziły się u mnie przy przecieraniu szlaków w kilkunastostopniowym mrozie i wielogodzinnych wędrówkach w śniegu po kolana. Ma być wygodnie, ciepło i funkcjonalnie. Co innego, jeśli mowa o aplikacjach. Chętnie je poznaję i regularnie ułatwiam sobie życie z ich pomocą. Choć wydają mi się bardzo popularne, być może któraś z nich będzie dla Was odkryciem i na stałe zagości w pamięci telefonu. 

1. E-podróżnik

Niezwykle przydatny dla niezmotoryzowanych. Czasem zdarza mi się zatrzymać na dłużej w schronisku, czy też zrobić sobie postój w pięknym miejscu, które chcę uchwycić na zdjęciu i okazuje się, że planowany czas wycieczki nieco się przeciąga. Dzięki tej aplikacji można błyskawicznie sprawdzić najbliższy pociąg lub autobus razem z ewentualnymi przesiadkami. Czasami okazuje się też, że muszę zmienić plany, bowiem w miejsce, które sobie wybrałam po prostu nic nie jeździ lub jeździ tak rzadko, że po zejściu ze szlaku musiałabym wracać do domu 3 dni. :)

2. Mapa-turystyczna.pl

Najlepsza rzecz pod słońcem do planowania tras w górach. Poda propozycje szlaków z punktu A do B, pozwoli na dodanie wielu innych po drodze, obliczy szacowany czas i odległość, a do tego sumę przewyższeń. Gdyby jeszcze robiła kawę, zmieniłabym stan cywilny nawet dziś. Nie używam jej jako substytutu papierowej mapy, a jedynie wskazówkę. To przydatne, zwłaszcza zimą, kiedy szybciej robi się ciemno. W swoim notesie liczę też schodzone kilometry, by co roku skrupulatnie je podsumowywać. Nie muszę w tym celu przypominać sobie lekcji geografii i sprawdzać skali mojej mapy, bo aplikacja robi to za mnie.

3. Google maps

Jak to się mówi, oczywista oczywistość i nie ma co rozwodzić się na ten temat. Z google maps korzystam głównie przy planowaniu wycieczek samochodowych. Z uwagi na to, że nie jestem jeszcze kierowcą, wydaje mi się, że wszędzie jest blisko i weekendowy wypad w Tatry z Wrocławia to pestka. Dzięki mapom mogę łatwo zweryfikować czas przejazdu i najkrótszą drogę do celu. Używam ich także, gdy jestem umówiona w dzielnicy, w której nie bywam. Dzięki street view życie staje się prostsze.

4. Jak dojadę

Codziennik, z którego korzystam w każdym większym mieście. Planuje dokładny czas dojazdu i linie, którymi najwygodniej dostaniemy się w dane miejsce. Jak dotąd, nie zdarzyło się, żeby aplikacja wprowadziła mnie w błąd.

5. Rome2Rio

Zawsze marzyłam, by powstało takie międzynarodowe jakdojadę.pl. Okazało się, że już istnieje i jest dla mnie odkryciem 2016 roku. Zaplanuje loty, pociągi, koszty, a nawet trasę z punktu A do B w danym mieście. Co ciekawe, jako punkt docelowy można wpisać konkretną atrakcję turystyczną.

6. Booking.com

Wiem, że kwatery można zarezerwować z wyprzedzeniem i być może jest wiele lepszych stron, ale jestem wierna tej jednej. Bukuję tam każdy pozaschroniskowy nocleg. Podczas ostatniego urlopu w Tatrach zdarzyło się nawet, że po wymeldowaniu się z jednego miejsca, szukałam kolejnego z torbami w bagażniku i planem zrealizowania kikugodzinnej wycieczki na ten sam dzień. Tak znalazłam ranczo, do którego będę wracać po wsze czasy. Co tu dużo mówić – mam do tego nosa i rzadko bywam zawiedziona, a aplikacja pozwala na spontaniczność bez konieczności kilkugodzinnego googlowania "noclegi Zakopane".

7. Trip Advisor

Co zobaczyć w danym miejscu, gdzie zjeść, gdzie spać okiem użytkowników serwisu. Świetna sprawa i moje nowe uzależnienie. Wiedzieliście, że w Bydgoszczy jest Muzeum Mydła? :)

Mam nadzieję, że znajdzie się choć jedna duszyczka, która nie znała którejś z wymienionych propozycji. Co istotne, większość z nich działa także w trybie offline, więc nie ma konieczności posiadania dużego pakietu danych internetowych. Wystarczy zapisać co trzeba w schowku lub zaplanować wycieczkę jeszcze w domu i zabrać ze sobą notes.

wtorek, 29 listopada 2016

10 prezentów dla miłośnika gór

10 prezentów dla miłośnika gór
Święta za pasem, a to oznacza poszukiwanie idealnego prezentu. Dziś zebrałam 10 propozycji podarunków, którymi można obdarować miłośnika gór czy też wszelkiej aktywności fizycznej na powietrzu. Osoby, które regularnie wędrują zapewne mają już podstawowe akcesoria, przydatne zarówno latem jak i zimą, dlatego w tym zestawieniu pominęłam mapy, plecaki, czy też latarki czołowe.

1. Koszulka termoaktywna

Tych nigdy za wiele. Przydadzą się zarówno do wędrówek, jak i do biegania, gdyż błyskawicznie schną. Warto pokusić się dodatkowo o ciekawy wzór.
                                                                www.sklepwgorach.pl
2. Powerbank

Zawsze naładowana bateria telefonu jest ważna nie tylko dlatego, że w każdej chwili możemy uchwycić piękny widok, czy też dokonać pomiarów na Endomondo, ale przede wszystkim gwarantuje nam bezpieczeństwo i pozwoli wezwać pomoc, gdyby zdarzyło się coś złego.

3. Mapa – zdrapka

Nie trzeba być hazardzistą, by docenić ten prezent. Taka mapa to doskonała motywacja, by wyszukiwać kolejne kierunki podróży, ale także, by przywoływać wspomnienia z tych już odbytych.

4. Ręcznik z mikrofibry

Jestem osobą, która na 3-dniowy wypad w góry zabiera cały dom. Pół biedy, jeśli jadę autem, ale podróż w Tatry i przemieszczanie się busami z całym dobytkiem to niezłe obciążenie dla pleców. Odkrycie takiego ręcznika to strzał w dziesiątkę. Może nie jest tak gruby i przyjemny jak ten domowy, ale zajmuje bardzo mało miejsca i błyskawicznie schnie. Swój kupiłam za ok. 30 zł w Decathlonie.

5. Statyw do aparatu

Jeśli nasz górski turysta często podróżuje sam i, podobnie jak ja, wybiera mniej uczęszczane trasy, trójnogi statyw sprawdzi się świetnie. Można opleść go wokół cienkiego pnia, czy też barierki i zrobić sobie zdjęcie w ciekawym miejscu.

6. Książki

Nieważne, jakie jest pytanie. Odpowiedzią zawsze są książki. Można tu wybrać klasykę literatury górskiej, jak nowe wydawnictwa. Warto jednak upewnić się, że obdarowany nie ma jeszcze danej pozycji na swojej półce. Oto kilka książek, które polecam z czystym sumieniem:

Dobrym pomysłem będzie także zakupienie prenumeraty magazynu, który odpowiada zainteresowaniom obdarowanego. Polecam N.p.m., który sama regularnie czytam.

7. Kalendarz na przyszły rok

Może to być gotowy produkt z górskimi migawkami, ale także własnoręcznie zaprojektowany kalendarz ze zdjęciami, z których autor jest szczególnie dumny, jeśli fotografuje w górach. Taki prezent co roku znajduje się w ofercie tatromaniak.pl

8. Wejście na Gerlach

Być może w ubiegłych latach wykorzystaliście już te pomysły i chcecie podarować maniakowi gór coś niezapomnianego. Takim prezentem będzie na pewno wejście na najwyższy szczyt całych Tatr i Karpat, Gerlach. Nie prowadzi tam żaden szlak turystyczny, więc konieczna jest opieka certyfikowanego przewodnika. Koszt przy trzech osobach jest zdecydowanie niższy, niż przy jednej, bowiem spada z 1000 zł do około 400. Trudno będzie zapomnieć taki prezent.

9. Biżuteria

Biżuteria, czyli coś, co na co dzień będzie nam przypominać o tych wspaniałych miejscach na ziemi, do których chcemy wracać jak najczęściej. Poniższe propozycje znalazłam w sklepie Baziuniowa Izba.


10. Bon zakupowy

Naprawdę nie masz pojęcia, o co chodzi temu maniakowi, gdy wieczorami gada o dobieraniu sobie jakiegoś czekana? Kup mu po prostu bon prezentowy do jednego z górskich sklepów! :) 

Mam nadzieję, że wybierzecie coś ciekawego z powyższych propozycji nie tylko dla najbliższych, ale być może także dla siebie.

wtorek, 22 listopada 2016

Pieniny – mały raj na ziemi

Pieniny – mały raj na ziemi
Pieniny Szczawnica co warto zobaczyć

Zaraz po Tatrach, Pieniny to miejsce, których wspomnienie wzrusza mnie niezmiennie. Po raz pierwszy odkryłam je w tak zwanym wysokim sezonie, a mimo to miejskie deptaki i najpopularniejsze szlaki w tych górach nie były pełne ludzi. To doskonała alternatywa dla tych, którzy chcą się wyciszyć i spędzić kilka dni z dala od turystów.

Pierwsza wizyta w Szczawnicy musiała obejmować dwie najpopularniejsze trasy, a więc Trzy Korony i Sokolicę. Przez wiele miesięcy wspominałam ten jednodniowy trekking jako jeden z najtrudniejszych w mojej karierze górołaza. Pewnie teraz uśmiechacie się pod nosem, ale zrobiłam coś, co w oczach każdego rozsądnego człowieka jest po prostu głupotą. Ja na szczęście nie klasyfikuję siebie w tych kategoriach, toteż dla mnie było jednym z najpiękniejszych dni w życiu. Kolana, które determinują moją aktywność w bardzo znacznym stopniu, były wówczas w stanie wskazującym na niezły bigos. Wiedząc, że czeka mnie domowy areszt i trochę proszków, musiałam dać sobie kilka migawek, pozwalających przeżyć te kilka trudnych tygodni. I dobrze zrobiłam, bo zaraz po powrocie zostałam uziemiona, a na ziemię sprowadził mnie zakaz jakichkolwiek szaleństw. Podobno trwa on nadal, ale, jak widać, w tej materii czasem dobrze posłuchać siebie.

Krościenko – Trzy Korony – Sokolica

Po pierwszym spacerze, który okazał się niemałym wysiłkiem, powtórzyłam tę samą trasę po kilku miesiącach. Na dwóch nogach okazała się dużo łatwiejszą. :) Z Krościenka najprościej udać się na ulicę św. Kingi i stamtąd iść żółtym szlakiem, a następnie wybrać niebieski, którym oznaczona jest droga na oba szczyty. Wchodząc na Trzy Korony, tak naprawdę stajemy na Okrąglicy, na której znajduje się platforma widokowa. Przy odrobinie szczęścia mamy wspaniały widok na przełom Dunajca, Tatry i Babią Górę, czyli to, co kocham na jednym obrazku. Sokolica jest jednym z najbardziej znanych szczytów w Polsce, a to za sprawą drzewka. Każdy, nawet jeśli z górami ma niewiele wspólnego, kojarzy słynną, obfotografowaną ze wszystkich możliwych perspektyw, reliktową sosnę.


Latem polecam także spływ przełomem Dunajca. Wiem, że dla niektórych to straszna komercja i wstyd, ale jestem wyznawczynią heavy metalu, która z radością opowiada o wyjeździe na koncert Modern Talking, więc nic sobie z tego nie robię i polecam spróbować. Spływu, naturalnie. :)

W centrum Szczawnicy znajduje się biuro turystyczne, które organizuje niedrogie wycieczki do najpopularniejszych pienińskich atrakcji, co może być bardzo przydatne dla niezmotoryzowanych. Ja wybrałam zwiedzanie zamku w Niedzicy i Czorsztynie wraz z krótkim rejsem między nimi. Jezioro Czorsztyńskie jest sztucznym zbiornikiem, którego budowa w latach 90. budziła niemałe emocje. Przeciwnicy zwracali uwagę na zniszczenie środowiska naturalnego, zagrożenie dla znajdujących się w tym rejonie zabytków a także kwestię przesiedlenia mieszkańców ze wsi Maniowy i okolic. Na korzyść zwolenników budowy zbiornika retencyjnego przemawia fakt, że ocalił on okolicę podczas pamiętnej powodzi z 1997 roku, choć niektórzy twierdzą, że jego rola jest tu znacznie przeceniania. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że ta inwestycja wzbogaciła ofertę turystyczną Pienin.



Jaworki – Wąwóz Homole – Wysoka

Nie można zapomnieć o regularnym zdobywaniu Korony Gór Polski! Podczas zimowej wycieczki zafundowałam sobie kolejny szczyt z listy. Podejście obfitowało w błoto i roztapiający się miejscami śnieg, ale co tam! Ubrania można wyprać, siniaki z tyłka zejdą, a wspomnienia zostają. Wąwóz Homole jest dla mnie jednym z najpiękniejszych miejsc w Polsce. Choć metalowe mostki niekoniecznie budują klimat wędrówki, widoki są wspaniałe. Płynący niespiesznie potok Kamionka i baśniowy klimat zachwycają, a smaku dodaje legendarna Muzyczna Owczarnia. A z resztą, zobaczcie sami.


Jeśli kochacie góry, a nigdy nie byliście w Pieninach, polecam z całego serca. Poza najbardziej oczywistymi atrakcjami, które Wam zaprezentowałam, jest tu jeszcze wiele dróg do odkrycia. I kolejne marzenie do spełnienia: długa wycieczka rowerowa po słowackiej stronie, którą mam nadzieję opisać już niebawem. PS Nie zapomnijcie zjeść pizzy u Jacaków w Szczawnicy. Wspominam ją do dziś, choć minęło już 1,5 roku.
Copyright © 2014 Sięgając nieba , Blogger