sobota, 23 czerwca 2018

Tatry: Kasprowy Wierch i Beskid

Tatry: Kasprowy Wierch i Beskid
Beskid Tatry Zachodnie

Czy wiesz, że Kasprowy Wierch można zdobyć pieszo, bez użycia kolejki? Wiem, że wiesz. Dziś zaprezentuję ci piękną widokowo trasę w Tatrach, która jest wystarczająco wymagająca, by się zasapać i zarazem prosta, by jej podołać, gdy stawiasz pierwsze kroki w wyższych górach.

Urlop i dziesiątki kilometrów w Tatrach to dla mnie synonimy, jednak w tym roku było nieco inaczej. Wszelkie plany i pomysły na trasy musiały ulec zmianie z uwagi na codzienne ulewy i burze, a także bieg, o którym decyzję podjęłam na dzień (a w zasadzie noc) przed wyjazdem. Nie oznacza to jednak, że próżnowałam - po prostu oszczędzałam się bardziej niż zazwyczaj.

Na Kasprowy Wierch ruszamy z Kuźnic. Już po kilku krokach od parkingu dostrzegam stado owiec, które w Tatrach nie powinno nikogo dziwić. Jest to jednak ostateczne potwierdzenie faktu, że nareszcie, po 8 miesiącach, znowu TU jestem i nikt nie odbierze mi tych wspaniałych chwil.
Trasa na Kasproyw Wierch Kuźnice

Aby dostać się na szczyt, wybieramy zielony szlak i trzymamy się go przez najbliższe trzy godziny. Nie oznacza to jednak nudnego człapania, bo widokowo szlak naprawdę robi robotę, czego dowodem są zdjęcia z niniejszego postu.

Kasprowy Kuźnice

Obserwując kursującą nad moją głową kolejkę i machające dzieci, wyobrażałam sobie następującą scenkę:

-Widzisz, synku? Jak nie będziesz się uczył, to będziesz musiał chodzić piechotą, jak ta Pani.

Po krótkim postoju na Myślenickich Turniach ruszamy dalej. Pogoda tego przedpołudnia jest fantastyczna, więc całą trasę wzbogacają panoramy Tatr Zachodnich.



Biorąc pod uwagę aurę, dochodzę do wniosku, że realizowana właśnie trasa była mocno asekuracyjna, ale szybko uspokajam się myślą o biegu i prognozowanych popołudniowych burzach.

Na Kasprowym, jak to na Kasprowym - jedzenie i picie za miliony monet, bo turyści z kolejki zapłacą dutki. Po chwili odpoczynku i zjedzeniu prowiantu, ruszamy na Beskid, od którego dzieli nas jedynie kilkanaście minut. Świnica kusi swym wierzchołkiem, ale szybko stawiam się do pionu: miało być lekko…


Teraz będzie już z górki i to dosłownie: Murowaniec w samym sercu Doliny Gąsienicowej i zejście do Kuźnic. Niestety, nawet tak prosty plan musiał się wysypać z powodu nieprzewidzianego wydarzenia.

Gdy chodzę po Tatrach, mam w sobie coś z dziecka - patrzę wszędzie, tylko nie pod nogi. Tym razem zapatrzyłam się na Kościelec i gruchnęłam z impetem na ziemię, potykając się o jakiś kamień. W pierwszej chwili myślałam, że jedynie obiłam i pozdzierałam sobie kolana i ręce, ale, kiedy próbowałam wstać i pójść dalej, okazało się, że nic nie widzę i dosłownie słaniam się na nogach. Nie wiem, co konkretnie się stało, bo trwało to zaledwie kilka minut. Podejrzewam, że za mocno pospinałam się paskami od plecaka i aparatu i przy upadku po prostu mnie odcięło. Na szczęście był ze mną mój partner, który szybko sprowadził mnie do Murowańca, gdzie energia wróciła bez przeszkód i skończyło się tylko na odrobinie stresu.

Po uzupełnieniu kalorii i płynów, ruszyliśmy w kierunku Kuźnic przez Przełęcz Między Kopami. Nie mogłam się zdecydować na to, czy zejść przez Dolinę Jaworzynki, czy jednak przez Boczań, więc rzuciliśmy monetą i padło na Jaworzynkę. Zapewne właśnie dlatego wybrałam Boczań. :)



Nad naszymi głowami latał śmigłowiec, więc tamtego dnia nie byłam jedynym pechowcem, który dostał żółtą kartkę od Tatr. Mam nadzieję, że i w tym przypadku wszystko skończyło się pozytywnie.

Trasa:

piątek, 15 czerwca 2018

Tatry: IX Bieg im. Zamoyskiego na Morskie Oko

Tatry: IX Bieg im. Zamoyskiego na Morskie Oko


Najpierw przychodzi pierwsze przebiegnięte 5 kilometrów, potem start w zawodach, marzenie o dyszce, kolejny bieg i kolejny. Gdzieś w tle majaczy półmaraton. Wreszcie poczułam, że w klasycznych zawodach w moim mieście mogę jedynie łamać własne czasy, bo odbywają się one ciągle w tych samych miejscach. Tak wylądowałam na swoich pierwszych biegach crossowych (w terenie naturalnym) z licznymi podbiegami. To było to! Las, palące mięśnie, słońce, przebijające się między drzewami…

A gdyby tak połączyć moją bezkresną miłość do gór i bieganie? Ta myśl nie dawała mi spokoju od kilku miesięcy, jednakże wiedziałam, że fizycznie znajduję się na etapie dalekim od tego typu startów. I tak z pomocą przyszedł mi Zakopiański Weekend Biegowy z Sokołem.

To cykl trzech biegów górskich na 10, 15 i 32 kilometry, który w tym roku idealnie pokrywał się z moim urlopem w Tatrach. Zupełnie spontanicznie postanowiłam wystartować w najkrótszym Biegu im. Zamoyskiego z metą nad Morskim Okiem. Przecież nie mogło być tak źle - tę trasę przemierzałam już dziesiątki razy.



Cały tydzień przed niedzielnym startem spędziłam na tatrzańskich szlakach, przez co każdego ranka moje łydki błagały o litość. Dzień przed startem spędziłam na spokojnym odpoczynku w aquaparku i po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że cała ta misja może nie być taka prosta.

Przejdźmy jednak do samych zawodów. Niedziela, 10 czerwca, budzik dzwoni o 5:00. Po raz pierwszy w trakcie urlopu wstałam lewą nogą i brakowało mi paliwa. Siedziałam w aucie ze skwaszoną miną, licząc, że kolejny banan pomoże mi się obudzić i da choć mały zastrzyk energii.

Na parkingu w Palenicy Białczańskiej było jeszcze pusto, jeśli nie liczyć 250 biegaczy w żarówiastych koszulkach. Jedni się rozgrzewali, inni coś jedli lub wymieniali wrażenia z pozostałych dwóch dni. Ja ciągle próbowałam zlokalizować swoją mentalną bazę. Na szczęście pogoda była idealna. Kilka poprzednich poranków obfitowało w mocno operujące słońce, a dzień startu przyniósł przyjemny chłód i małe zachmurzenie. Jeszcze tylko wspólna fotka i odliczamy.
fot. Andrzej Tomczyk

Nim się obejrzałam, wystartowaliśmy. Z uwagi na to, że odcinek Palenica - Moko ma 9, a nie 10 kilometrów, konieczne było zrobienie tzw. agrafki, czyli przebiegnięcie 500 m w górę, nawrotka do linii startu i dalej już do mety. To był najgorszy moment całego biegu, bo od razu ruszyliśmy mocno w górę, a ja biegłam.. ostatnia. Dosłownie! Byłam na szarym końcu, jak jeszcze nigdy w żadnej dziedzinie życia! Moje łydki były jak z gliny, zero pary w nogach, a na dodatek rozwiązała mi się sznurówka, przez co straciłam kolejne cenne sekundy. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że chyba nie dam rady tego przebiec i że może nie trzeba było tyle latać po Tatrach, może za słaba rozgrzewka, może ja jestem słaba, może…

Jednym słowem - głowa zaczęła mi nieco wariować. Wtedy szybko ochrzaniłam samą siebie i przypomniałam sobie, że to dopiero niecałe 2 kilometry biegu i że zawsze trzymam swoje tempo, nie zważając na tych, którzy startują na złamanie karku. Zaczęłam więc powoli truchtać i wyprzedzać kolejnych zawodników. Jakimś cudem nogi zaczęły podawać, a świadomość, że nie zamykam stawki była niezwykle przyjemna.

Niestety, zapomniałam zabrać zegarka, więc niespecjalnie orientowałam się w przemierzonym dystansie, ale z pomocą przyszedł mi jeden z zawodników, który oznajmił, że to już połowa. Połowa?! Byłam pewna, że ledwie zaczęliśmy. Uff, to już “z górki”.

Chwyciłam butelkę wody w punkcie odżywczym i, niewiele myśląc, pobiegłam z nią dalej, mijając kolejnych turystów, którzy patrzyli na nas jak na wariatów. Niektórzy z nich komentowali ten spektakl między sobą, inni dodawali otuchy, wyrażając swój podziw dla tej nietypowej formy dotarcia do Morskiego Oka. A ja sobie sapałam.

Ostatnie kilometry dały mi się we znaki, bo za każdym zakrętem znajdował się kolejny podbieg, który podczas klasycznego trekkingu jest niemal nieodczuwalny dla nóg. Ostatnie dwa kilometry przebyłam na autopilocie, czekając na moją największą nagrodę na mecie - TEN widok, który nigdy mi się nie znudzi.


Medale na mecie wręczał Marcin Świerc, mistrz Polski z biegach górskich, który dzień wcześniej wygrał 32- kilometrowy Bieg im. Marduły. Po porannym braku humoru zostało jedynie wspomnienie. W tamtym momencie, patrząc na Mięguszowieckie Szczyty, czułam, że chcę to robić do końca świata i że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. I to w dodatku nie ostatnim!



wtorek, 8 maja 2018

Dzikie smaki: miód z mniszka lekarskiego

Dzikie smaki: miód z mniszka lekarskiego
syrop z mlecza

Początek maja to ostatni dzwonek na zebranie mniszka lekarskiego i przygotowanie z niego tak zwanego miodu. Nim przekażę wam tę wiedzę nietajemną, jeszcze chwilę się powymądrzam. Mniszek lekarski i mlecz to nie to samo, wbrew temu, co sądzi zdecydowana większość osób. Są to jednak rośliny, które stosunkowo łatwo od siebie odróżnić, w czym może pomóc poniższa grafika.
przepis miód z mleczy
http://3at.eu

Kolejną kwestią jest nazewnictwo. Oczywiście to, co będziemy przygotowywać z kwiatów mniszka lekarskiego nie jest prawdziwym miodem, gdyż ten jest efektem działalności pszczół. Jest to jedynie nazwa, która ma ułatwić komunikację, podobnie jak  w przypadku wegetariańskich burgerów czy mlek roślinnych.

Do rzeczy - jak zrobić syrop z mniszka? 

Kwiaty mniszka lekarskiego zbieramy wtedy, gdy są one w pełni rozkwitu, ale nie zamieniają się jeszcze w tzw. dmuchawce. Na wycieczkę na łono natury najlepiej wybrać suche i słoneczne przedpołudnie, kiedy kwiaty są pięknie otwarte. Wybieramy miejsca z dala od ulicy i spalin.

Na około litr syropu potrzebujemy:

*500 główek kwiatów
*litr wody
*kilogram cukru
*2 cytryny
*1 pomarańcza
mniszek miód

 Świeżo zebrane kwiaty układamy na gazecie lub materiale na około 2 godziny tak, by opuściły je wszelkie żyjątka. Następnie zalewamy je litrem wody (nie płuczemy zbiorów, by nie stracić cennego pyłku!) i gotujemy około 20 minut, licząc od zagotowania. Po ostudzeniu wywaru, chowamy go do lodówki na około 24 godziny.

Po tym czasie przecedzamy całość przez ściereczkę lub gazę, wyciskając wszystko dokładnie. Kwiaty wyrzucamy, a płyn podgrzewamy na niewielkim ogniu. Gdy będzie gorący, powoli dosypujemy cukier oraz wyciśnięte cytryny i pomarańczę bez farfocli i gotujemy kilka godzin do uzyskania pożądanej konsystencji. Zazwyczaj zajmuje to około 3 godzin.
syrop z mleczy

Następnie miód z mniszka przelewamy do słoików, dbając o to, by wieczko nie było wypukłe.

Ostatnio w moje ręce wpadła książka “Dzikie smaki. Kuchnia zwariowanego zbieracza roślin”. Co prawda nie zawiera przepisu na miód z mniszka, ale znajdziemy w niej wiele innych, odjechanych propozycji.

Przyznam szczerze, że o wielu roślinach przeczytałam po raz pierwszy. Co ciekawe, autorki tej pozycji, Gosia i Kaja z Mead Ladies, na co dzień mieszkają w mieście.
Pierwsze 60 stron pozycji to wskazówki dla miejskich zbieraczy roślin, wykaz gatunków trujących i słowniczek wraz z bibliografią. Przepisy podzielone są na działy, wśród których znajdziemy kłącza, bulwy, korzenie, grzyby, liście, a także kwiaty i pąki.

Na szczególną uwagę zasługuje tu sam sposób wydania książki - świetnej jakości papier, ładne zdjęcia i przejrzysty układ to super rozwiązanie dla estetów.


Sama skorzystam z przepisów jedynie wybiórczo, bo na chwilę obecną nie byłabym w stanie rozpoznać większości z tych roślin, ale zawsze stanowi to jakiś punkt wyjścia do nauki.

Tymczasem zakasajcie rękawy i korzystajcie z ostatnich chwil na zebranie kwiatów mniszka lekarskiego. Smacznego!


sobota, 5 maja 2018

Pierwsze zawody biegowe - pigułka informacji

Pierwsze zawody biegowe - pigułka informacji
Biegasz już jakiś czas i dojrzewa w tobie myśl o tym, by jakoś to uczcić startem w zawodach? Ciekawi cię, jak to jest biec w tysięcznym tłumie i chcieć coraz więcej? Dobrze trafiłeś.
Być może po przeczytaniu tego tekstu nie dołączysz do osób, które zdają się nie dostrzegać, że oprócz nich na linii startu stają setki innych osób.

Zapisy i pakiet startowy

Zapisy na biegi rozpoczynają się kilka miesięcy wcześniej i zazwyczaj ceny są niższe niż tuż przed startem, więc warto pomyśleć o tym z wyprzedzeniem. W przypadku bardzo popularnych biegów wybór takiej opcji jest koniecznością, bo pakiety startowe znikają w mgnieniu oka.

Gdzie szukać zawodów w pobliżu swojego miejsca zamieszkania? Polecam serwisy Run-log i Maratony Polskie, z których korzystam na co dzień. Jeśli dopiero zaczynasz przygodę z bieganiem i nie wiesz, czy spodoba ci się klimat takich wyścigów, to polecam wybór dystansu 5 km. Jest on na tyle krótki, że każdy zdrowy człowiek jest w stanie go pokonać, a zarazem odpowiedni, by sprawdzić, jak radzisz sobie z bieganiem pośród kilkuset osób.

W moim przypadku był to świetny sposób motywujący do rozpoczęcia regularnych treningów, bowiem zapisując się na pierwsze zawody nie potrafiłam przebiec nawet kilometra. Co więcej – nie znosiłam biegać.

Dzień startu

Zakładam, że pierwszy bieg, w jakim bierzesz udział to dystans 5 lub 10 km, więc w kwestii żywienia poranek w dzień startu nie powinien różnić się niczym od każdego innego poranka. Warto pojawić się na starcie godzinę - półtorej przed rozpoczęciem biegu, by spokojnie oddać plecak/torbę do depozytu, odebrać pakiet startowy (jeśli organizator nie umożliwił tego dzień wcześniej) i w spokoju przypiąć sobie numer i chip pomiaru czasu.
Zazwyczaj taką pigułkę informacji o biegu otrzymuje się drogą mailową z odpowiednim wyprzedzeniem.

W zawodach, w których biegam chip pomiarowy jest umieszczany na odwrocie numeru startowego, ale zdarza się, że pakiet startowy zawiera chip, który musisz przewiązać sobie przez sznurówkę buta. To właśnie tam jest jego miejsce – nie w kieszeni czy w dłoni.

3,2,1…

Wszystko gotowe, wspólna rozgrzewka zrobiona, a spiker zaprasza uczestników do ustawienia się na linii startu. To moment, w którym realistycznie oceniasz swoje możliwości. Zakładam, że każdy z nas przed pierwszym biegiem mierzył sobie czas, używając Endomondo lub zegarka. Rzuć okiem na wyniki dowolnego biegu na dystansie, który wybrałeś i oceń, jak wypadasz na tle innych. To właśnie na tej podstawie powinieneś wybrać miejsce, w którym staniesz.

Jeśli 5 kilometrów pokonujesz w 17-18 minut, to jest to powód, by stanąć w pierwszym rzędzie. W przeciwnym razie nie rób tego, bo będziesz zawadzać innym.
Ot, taka środkowa pozycja. :)

W zawodach biegowych liczy się czas netto, czyli czas mierzony od momentu, gdy przekroczysz linię startu, a nie od symbolicznego wystrzału. Nie ma więc znaczenia, że ustawisz się na samym końcu. Jeśli 5 kilometrów pokonujesz w 45 minut, to właśnie tam powinieneś stanąć, by nie utrudniać biegu innym.

Na trasie

Trzymaj tempo! Nie daj się ponieść euforii startowej i nie pędź jak szalony, bo spalisz się po kilkuset metrach i opadniesz z sił. Jeśli celujesz w 30:00 minut na 5 kilometrów, to biegnij w tempie 6 minut na kilometr i przyspiesz na końcu. Niemal na każdych zawodach widzę, jak ludzie wyrywają do przodu jak szaleni, po to, by po chwili złapać się za bok i zatrzymać z trudem łapiąc oddech.

Właśnie... Jeśli z jakiegoś powodu musisz się zatrzymać lub przejść do marszu – zejdź na bok. Wydaje mi się, że nie jest to wiedza tajemna, a mimo to, cały czas spotykam się z sytuacją, gdy ktoś staje na środku drogi niczym wół i zdaje się nie zauważać, że ma za swoimi plecami kilkadziesiąt osób.

Jeśli biegniesz z psem, wózkiem dziecięcym lub kijami, to rozejrzyj się dokoła, by nie blokować drogi innym osobom.

Jeśli słyszysz „Lewa wolna”, to oznacza to, że ktoś chce cię wyminąć właśnie z lewej strony. Warto więc zadbać o to, by muzyka w uszach nie zagłuszała nam otoczenia.

Na krótszych dystansach nie zachodzi konieczność uzupełniania płynów, dlatego nie spodziewaj się punktów z wodą, jeśli biegniesz piątkę. Przy zawodach na 10 kilometrów zazwyczaj spotykam się z jednym punktem w połowie trasy.

Meta

I tyle! Jesteś na mecie. Medal otrzymuje każdy uczestnik, który ukończył bieg i zmieścił się w regulaminowym limicie czasowym. Numer startowy jest dla ciebie na pamiątkę, a chip z buta oddajesz w wyznaczonym miejscu (zazwyczaj jest to kartonik). W biegach, w których biorę udział zazwyczaj jest przewidziany wegetariański posiłek regeneracyjny. Dodatkowo zawsze zabieram ze sobą banany i daktyle, by zjeść coś tuż po przekroczeniu linii mety.

Startowanie w imprezach masowych można podsumować krótko – biegaj i daj biegać innym. Jeśli każdy wyjdzie z tego założenia, to, przy dobrej organizacji wydarzenia, każdy kolejny medal będzie przywoływał fantastyczne wspomnienia. W tym miejscu muszę cię także ostrzec - to uzależnia. Kilkanaście minut przekroczeniu linii mety będziesz mieć ochotę na kolejne i kolejne zawody, więc lepiej zacznij prowadzić budżet domowy, jeśli jeszcze tego nie robisz.

Zobacz też, jak zabrać się za to całe bieganie.

sobota, 14 kwietnia 2018

Mój pierwszy półmaraton - H2O Wrocław

Mój pierwszy półmaraton - H2O Wrocław

Wiele rzeczy w życiu robię na wyrost i sprawdzam, czy umiem latać już po opuszczeniu krawędzi, z której skaczę.  Rzucam stałą i pewną pracę, bo mnie frustruje, choć nie mam jasnej wizji przyszłości. Zapisuję się na 5-kilometrowy bieg, choć nie umiem przebiec nawet 1000 metrów. Potem biegnę pierwszą dychę, choć powinnam leczyć kolano, a kilka miesięcy później w głowie majaczy półmaraton, bo przecież odkryłam już, że w tym szaleństwie jest metoda i motywacja do działania. Mija kilka tygodni i zapisuję się. Zobaczę, co stanie się tym razem.
fot. Jacek Urbanowicz

Mam cztery miesiące na przygotowanie się, więc biegam co drugi dzień, starając się, by przynajmniej jeden trening w tygodniu był długim wybieganiem. Wychodzi to różnie, bo biorę sobie na głowę więcej, niż wynosi doba. Początkiem 2018 r. moje kolano ma wyjątkowo kapryśny czas, bo ciągle męczę je w górach na 30-kilometrowych trekkingach, co także wpływa na regularność treningów. Mimo to, ani przez chwilę nie przychodzi mi do głowy myśl o rezygnacji z tego szaleńczego pomysłu.

Biegam i czytam kolejne artykuły w archiwalnych numerach Runner’s World. Jak się nie zesrać na trasie, jak trenować, co jeść… Pewnie i tak ostatecznie zrobię swoje. Nie zakładam żadnego konkretnego czasu - chcę po prostu przebiec ten dystans bez zatrzymywania się.

Rozpoczyna się tydzień startu, a ja czuję dziwny spokój. Słyszałam, że wielu ludzi dopada ogromny stres połączony ze zwątpieniem i zastanawiam się, kiedy poznam to uczucie. W czwartek, na 3 dni przed półmaratonem, dopada mnie paskudne przeziębienie. Katar, ból gardła i problemy z mówieniem nieco wybijają mnie z rytmu, bo należę do osób, które nie chorują nawet, gdy wszyscy dokoła kichają.

Pojawia się pytanie: odpuścić sobie i wykurować się w łóżku czy pobiec mimo wszystko? Odpowiedź jest jasna. Zakładam bluzkę z dłuższym rękawem, a dokoła ramienia wkładam chusteczki, bo saszetka oczywiście została w domu. Jeszcze trochę Otrivinu do nosa i można biec.

Tysiąc osób na starcie – ruszamy. W głowie zaczynają pojawiać się myśli o tym, czy organizm poradzi sobie z obciążeniem i nie padnie po drodze… Szybko się uspokajam i przypominam sobie, że mam żelazne zdrowie, a obecna sytuacja jest tylko wypadkiem przy pracy. Pierwsze 10 kilometrów mija mi zaskakująco szybko i bezboleśnie. Odliczam sobie od wodopoju do wodopoju i cały czas powtarzam: świetnie sobie radzisz. Właśnie biegniesz swój pierwszy półmaraton.
jak przebiec półmaraton
fot. Małgorzata Kliszczak

Później jest już nieco trudniej, bo słońce zaczyna prażyć wyjątkowo mocno, a mój długi rękaw okazuje się przydatny jedynie jako dodatkowa powierzchnia do transportu zasmarkanych chusteczek. Trzymam swoje żółwie tempo i powtarzam sobie, że jest super.

Zaczynam grać głową – po minięciu tabliczki z napisem „15 km” myślę sobie: „Fantastycznie ci idzie, zaczynasz 16. kilometr” i ten sam trick dodawania sobie metrażu powtarzam przy każdej kolejnej. Na 19. kilometrze nogi mam jak z ołowiu, a na drogę, jak gdyby nigdy nic, wchodzą małe świnio-warchlaki. Kilka dni później okazało się, że były one nawet przedmiotem dziennikarskiego śledztwa!

Meta jest w zasięgu nogi, ale nie przyspieszam, bo biegnę już na dwóch kłodach. Zrobiłam to. Jestem półmaratonką! Już nigdy nie będę narzekać, że ciężko mi się biegnie w zawodach na 10 km.

Jak zatem przebiec pierwszy półmaraton? 

Moja recepta jest prosta jak budowa cepa. Upewnij się, że potrafisz przebiec 15-17 km bez żadnego problemu, trenuj sumiennie i potem biegnij głową, nie myśląc o dystansie, który jeszcze niedawno wydawał się nierealny. Nie wymyślaj i nie kombinuj z jakimiś żelami i nie wiadomo jakimi specyfikami, bo to nie jest maraton ani bieg ultra. Wystarczy pić wodę i będzie dobrze, a żołądek nie zrobi nam niespodzianki. Na śniadanie w dzień startu zrobiłam sobie kanapki z pastami roślinnymi i dużą ilością warzyw, jak zwykle. Przed samym startem zjadłam sporo daktyli, żeby dostarczyć sobie najprostszego paliwa i tyle.

Co do wyników - nie znam się na tym, ale w internecie jest masa planów treningowych, więc bez trudu można przygotować się do osiągnięcia zakładanego czasu. Ja założyłam sobie jedynie ukończenie zawodów, żeby określić punkt wyjścia do kolejnych i to mnie uratowało, bo wystarczającym obciążeniem była tu choroba w połączeniu z dystansem. 

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Korona Gór Polski: Chełmiec

Korona Gór Polski: Chełmiec
Korona Gór Polski
Pomysł na tę sobotę był jasny – krótka trasa i powrót do domu przed 17:00. Takie założenia świetnie pasowały do wejścia na Chełmiec ze Szczawna-Zdroju. Spodziewałam się, że ten dzień pozostawi pewne uczucie niedosytu w nogach, ale zupełnie niepotrzebnie.

Podobnie jak w poprzednich tygodniach, w sudeckiej grupie facebookowej znalazły się chętne 3 osoby, które dołączyły do mnie i Ewy. Sam szczyt widzieliśmy już na początku trekkingu, a widok Chełmca z każdej możliwej strony towarzyszył nam przez niemal całą trasę.
korona gór polski

Podejście ze strony Szczawna jest bardzo strome. Wiedząc o tym, zabrałam ze sobą raki, które znacznie poprawiły komfort wchodzenia. Niecałe dwie godziny później byliśmy już na wierzchołku, mojej 16. perle w Koronie Gór Polski. Niestety, wieża widokowa na Chełmcu otwierana jest dopiero na początku maja, więc musieliśmy zadowolić się czekoladą i kanapkami na ławeczkach.


Aby nie było zbyt krótko, Ewa wymyśliła małą pętelkę na dołożenie kilometrów. Ze szczytu zeszliśmy na Rosochatkę i Chełmiec Mały, po to, by chwilę później znów znaleźć się na bohaterze tego dnia, tym razem z innej strony. Widoki, które pojawiały się między drzewami zapierały dech w piersiach.


Korona Gór Polski

Na powrót do Szczawna wybraliśmy szlaki zielony i żółty przez Lubomin, gdzie część trasy wiodła wiejską ulicą. Nie znoszę tych fragmentów – nudzą mnie niesamowicie, a przy tym nie są zbyt bezpieczne przez pędzące samochody. Na szczęście nie trwało to długo i szybko odbiliśmy na bardziej dzikie tereny.



Po powrocie do miasta postanowiliśmy wstąpić jeszcze do pijalni wód mineralnych. Ta decyzja była jedną z lepszych, bowiem tuż obok odbywał się tego dnia Jarmark Wielkanocny.



Tam trafiłam na niezwykle ciekawe stanowisko.


 Kucharka historyczna, Pani Małgorzata Bliskowska, oferowała rozmaite nalewki, 200-letnią recepturę na kwas chlebowy i musztardy: dyniową, marchewkową i korzenną. Przywiozłam ze sobą musztardy, przygotowane według receptur z XIII i XVII w. i nalewkę z malin. Jeśli macie ochotę spróbować tych cudów, to zapraszam na Twierdzę Smaków, pierwszy Dolnośląski Festiwal Kuchni Historycznej z urokliwym Zamku Czocha. Potrwa on całą majówkę.

Informacje praktyczne:

Trasa:

Trasa: Szczawno-Zdrój – Szczawno-Zdrój | mapa-turystyczna.pl
Parking: auto zostawiliśmy pod Wieżą Anny. 

Wieża na Chełmcu: sezon turystyczny na tym szczycie rozpoczyna się 1 maja i trwa do końca października.
Copyright © 2014 Sięgając nieba , Blogger