czwartek, 16 sierpnia 2018

Skalne miasta w Czechach: Adrspach i Teplice nad Metuji

Skalne miasta w Czechach: Adrspach i Teplice nad Metuji

Skalne miasto czechy Adrspach
Jeszcze 5-6 lat temu urodziny świętowałam na rozmaitych imprezach, jednak z czasem znacznie większą radość zaczęło sprawiać mi celebrowanie miłych chwil w ciszy i spokoju. W tym roku postanowiłam wybrać się do obu skalnych miast w Czechach. Trudno mówić o pustkach, zwłaszcza w szczycie sezonu, ale na parkiecie bywało tłoczniej.
Skalne miasto Czechy

Na pierwszy rzut poszły Teplice nad Metuji. Mimo bardzo słonecznej niedzieli i dość późnej pory (przed 10:00), udało się znaleźć miejsce parkingowe i ruszyć do kasy. Po uiszczeniu opłaty otrzymujemy mapkę z opisem skał i oznaczeniem szlaków. Ja mimo wszystko zabrałam ze sobą mapę Sudetów Środkowych, bo nie potrafię ufać małym ulotkom.

Skalne miasto w czechach

Pierwszą ciekawą atrakcją tej pętli jest Strzemię, zamek strażniczy, na który wchodzi się po schodach i drabinkach. Punkt widokowy jest niewielki i mocno zatłoczony, zatem robię kilka zdjęć i ustawiam się do kolejki ku dołowi. Udaję się ku Skalnej Bramie i chwilę później rozpoczynam pętlę, która za niecałe dwie godziny doprowadzi mnie do tego samego punktu.
skalne miasto w czechach

Uwielbiam rozmaite formacje skalne w Karkonoszach, Rudawach Janowickich czy Górach Stołowych, a tutaj ich nagromadzenie robi naprawdę ogromne wrażenie. Dodatkowej radochy dostarcza mi odnajdywanie kształtów zgodnych z nazewnictwem.
skalne miasto

Każda skała jest opisana tabliczką, która skierowana jest w odpowiednią stronę, dzięki czemu na pewno nic nie przeoczymy.


Po powrocie na parking przemieszczam się ku Adrspach, co zajmuje zaledwie kilka minut. Elektroniczna tablica przy ulicy informuje, że cały parking jest już pełny, jednak intuicja mnie nie zawodzi - ostało się kilka miejsc, które zwolnili poranni turyści.

Opłacam wstęp i ruszam ku jednej z największych atrakcji Adrszpaskich skał, czyli zalanej piaskowni. Barwa i przejrzystość tego małego jeziorka robią na mnie niesamowite wrażenie. Wspaniały turkus i idealna przejrzystość towarzyszą nam przez 1,5 km pętelki dookoła akwenu.
czechy skalne miasto




Chwilę później wchodzę na zielony szlak i rozpoczynam właściwą pętlę. Jedną z pierwszych skał jest Głowa Cukru, która mocno zwęża się ku dołowi, przez co robi piorunujące wrażenie. Na szczęście ma solidne podstawy, co możecie zobaczyć poniżej.


Mały i wielki wodospad zobaczę innym razem, bowiem cała woda wyschła przez tegoroczne susze.


W połowie pętli znajduje się małe jeziorko, które możemy przepłynąć łódką wraz z flisakami. W zasadzie jedyną atrakcją są tutaj ich żarty, bowiem cały “rejs” trwa krótką chwilę, a na staniu w kolejce straciłam kilkadziesiąt minut.

Kochankowie to jedna z najsłynniejszych formacji skalnych w Adrspach. Możemy zobaczyć ich z punktu widokowego Wielka Panorama, który znajduje się blisko wyjścia z trasy zwiedzania.


Pod koniec skały zlewają mi się w jedno, ale, gdybym miała wybrać tylko jedno z tych miejsc, zdecydowanie udałabym się do Adrspach.

Informacje praktyczne (sierpień 2018):

Ceny biletów normalnych:

Teplice nad Metuji: 100 CZK
Adrspach: 120 CZK

Ceny parkingów:

Teplice nad Metuji: 50 CZK
Adrspach: darmowy

Obie kasy przyjmują płatność kartą

Jeśli chcecie coś zjeść, to w Teplicach zapłacicie jedynie gotówką. Adrspach przyjmuje złotówki przy przeliczniku 0,20gr/1CZK, o kartę nie spytałam.

Czas i trasa:

Teplice nad Metuji: trasa liczy około 6 km i około 2,5 godziny.
Adrspach: 3,5 km i około 3 godziny. Dodajemy tu także przejście wokół piaskowni.

poniedziałek, 23 lipca 2018

Karkonosze: Śnieżka i wschód słońca

Karkonosze: Śnieżka i wschód słońca


Wschody słońca bez wątpienia mają w sobie coś magicznego, ale większość ludzi woli oglądać je wyłącznie na zdjęciach, zwłaszcza latem, gdy wiąże się to z pobudką o nieludzkiej godzinie. Czasem jednak warto nieco przesunąć granicę, by doświadczyć mozaiki emocji.

Tym razem nie będę pisać Wam, jak dostać się na Śnieżkę, bo od tego są mapy, a opcji jest wiele. Jedną z nich prezentowałam jesienią.

Cała wyprawa pobudziła moje szare komórki do rozważań na temat siły charakteru. Znacie ten pogląd, że człowieka najlepiej poznaje się w górach? Głodny, zmęczony, z dziesiątkami kilometrów w nogach nie ma już siły na trzymanie maski na twarzy i pokazuje swoje prawdziwe oblicze.


Nie inaczej jest z nami samymi. Na fejsie jesteśmy nieustannymi zdobywcami, seryjnymi finiszerami maratonów i półmaratonów, gotowymi, by każdego dnia wstawać o 5:00 na kolejny trening. To oczywiste, że nie pokażemy ludziom tej drugiej twarzy - tego, że od miesiąca nie chce nam się biegać, bo jest za gorąco, czy tego, że kolejny szczyt okupiony jest czasem kilkoma przekleństwami, wypowiedzianymi pod nosem.

Dzień przed wyjazdem chciałam się wycofać. Zdjąć maskę herosa i przyznać sama przed sobą, że jestem wyczerpana psychicznie i fizycznie po naprawdę trudnym tygodniu. Że nie dam rady przeć całą noc pod górę i chcę po prostu położyć się do łóżka, robiąc wielkie nic, bo na więcej nie mam już siły.

Ostatecznie jednak wygrało szorstkie podejście do samej siebie i niezdolność do uznawania własnych ograniczeń i słabości. Pojechałam.


Po obfitych ulewach na szlakach była masa błota i stojącej wody, która co chwilę zalewała mi buty. Nie zwracałam na to uwagi, bo zachwyciła mnie mnogość gwiazd, których nie mam okazji zobaczyć w mieście, a już na pewno nie w takich okolicznościach.

Po drodze dopadł mnie kryzys energetyczny i pomyślałam, że nie wytrzymam do rana. Mimo przebierania nogami, miałam wrażenie, że jakikolwiek przystanek, choćby na zimnym kamieniu, spowoduje natychmiastowe zapadnięcie w długi sen. Postanowiłam więc zwolnić nieco tempo i poruszać się systematycznie do przodu bez zatrzymywania się.



Zaskakujące w tym wszystkim było to, że z ust nie wyszło mi ani jedno przekleństwo czy słowo narzekania. Mimo wyczerpania, w jakiś dziwny sposób celebruję te chwile i czerpię z nich radość. Radość, która wybuchła tuż po 5:00 na szczycie. Widoczność była wspaniała, a dzień budzący się do życia złapał mnie za serce. A może oczy łzawiły ze zmęczenia? Nie ma znaczenia, ważne jest bycie tu i teraz.

czwartek, 12 lipca 2018

Tatry: Siklawa i Dolina Pięciu Stawów Polskich

Tatry: Siklawa i Dolina Pięciu Stawów Polskich
jak dojść siklawa

Często dostaję od Was wiadomości, dotyczące szlaków dla osób, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z wyższymi górami. Dzisiejsza propozycja będzie doskonała dla tych, którzy chcą się trochę zmęczyć, ale nie czują się na siłach, by zmierzyć się z dużą ekspozycją w Tatrach.

Spacer rozpoczynamy od parkingu w Palenicy Białczańskiej, trzymając się czerwonego szlaku, wiodącego asfaltem, który ciągnie się aż do Morskiego Oka. My jednak skręcamy w prawo za Wodogrzmotami Mickiewicza, wybierając szlak zielony.



Prowadzi on przez Starą Roztokę aż do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Tego samego ranka przeczytałam ostrzeżenie o niedźwiedziu, który grasuje w tamtych okolicach i zachowuje się nienaturalnie, podchodząc do ludzi. To nieco zwiększyło moją czujność, ale nie przestraszyło mnie na tyle, by zrezygnować z tego wariantu.

Po niecałych dwóch godzinach dochodzimy do rozejścia się szlaków - czarny prowadzi stromym podejściem prosto do schroniska, zielony zaś obejmuje Siklawę, największy wodospad w Polsce. Oczywiście polecam wam wybór tejże wersji podejścia.



Ten widok robi niesamowite wrażenie - oczyszczające mentalnie kaskady wody, mokre kamienie, tęcza widziana między kroplami i ja - mały człowiek pośrodku tego wszystkiego.

Od Siklawy do schroniska dzieli nas zaledwie kilkanaście minut. Zamawiamy sałatkę i cieszymy się wspaniałym widokiem, rozpościerającym się dokoła. Pomiędzy turystami przechadza się lisica. Zebrani się cieszą, karmiąc ją kanapkami. Jest mi po prostu smutno, bo nie mają pojęcia, że skazują to zwierzę na śmierć.


 Synantropizacja dzikich gatunków to bardzo złe zjawisko, dlatego przypominam wpis o tym, czego nie robić w górach. Pamiętajcie o zabraniu nie tylko mapy, ale i mózgu, bo karmiąc dzikie zwierzęta robicie im ogromną krzywdę. 


Poranny plan zakładał Kozi Wierch, jednak zbierające się chmury zapowiadają rychłe nadejście burzy z deszczem. Nie tym razem.

Postanawiamy zejść przez Świstówkę Roztocką - to fantastyczna opcja dla tych, którzy chcą zaliczyć Morskie Oko tego samego dnia, a jednocześnie zobaczyć coś więcej niż leśny krajobraz. Zaczyna grzmieć, co dodaje nam siły w nogach. Zakładamy płaszcze przeciwdeszczowe i pędzimy do kolejnego schroniska, dbając o to, by nie stracić zębów na śliskich kamieniach.



Szybka kawa i ruszamy asfaltem w kierunku parkingu. Workowate płaszcze wyglądają tak zabawnie, że cały czas duszę się ze śmiechu. :) Nie ma nad czym ubolewać, nie pierwszy raz musiałam zmienić plany przez pogodę i przekonałam się już, że po moim powrocie góry nadal stoją na swoim miejscu. No, może z wyjątkiem sytuacji obrywu skalnego pod Niebieską Turnią.


Po dotarciu do auta przeczytałam informację o tym, że trzech totalnie pijanych Ukraińców kąpało się w Wodogrzmotach i sytuacja zakończyła się interwencją policji oraz mandatem. Mijałam ich na parkingu, kiedy siedzieli pod parasolem i wlewali w siebie puszki piwa. Nigdy bym nie pomyślała, że ktokolwiek w takim stanie wejdzie na szlak. Mało jeszcze wiem o świecie.

Informacje praktyczne:

  • Parking w Palenicy Białczańskiej kosztuje 25 zł za dobę i w sezonie warto tam być już w okolicach 6 rano. Serio!
  • W całej pętli mijamy aż trzy schroniska, bo po Morskim Oku można odbić jeszcze do mojej ukochanej Roztoki, więc o ciepły obiad nie musicie się martwić.
  • Co zrobić, gdy spotkasz niedźwiedzia? 
Trasa: 

wtorek, 10 lipca 2018

Alpy Bawarskie: Zamek Neuschwanstein

Alpy Bawarskie: Zamek Neuschwanstein
trasa zamek neuschwanstein

Zbliżająca się nieuchronnie trzydziestka nie przybliża mnie ani trochę do realizacji wszystkich marzeń z listy do zrobienia. Wręcz przeciwnie – każdego tygodnia dopisuję do niej kolejne pomysły i udaję, że doba jest z gumy. Na szczęście jeden z nich zapisałam już na kartach pięknych wspomnień.

Zamek Neuschwanstein zna każdy, kto kiedykolwiek oglądał bajki Disneya. Dzięki tym animacjom wiemy, że poślubienie nieznajomego to niezły pomysł, skutkujący długim i szczęśliwym żywotem.

Specyficzny zamek znany z czołówki to właśnie Neuschwanstein w miejscowości Schwangau w Bawarii. Sam pomysł udania się tam był nieco wariacki, bowiem głównym celem mojego wyjazdu ze znajomymi był koncert Rogera Watersa w Pradze. Z uwagi na to, że zbiegał się on z majówką, uznaliśmy, że do Wrocławia pojedziemy naokoło. Tak bardzo naokoło, że finalnie zrobiliśmy ponad 2 000 kilometrów.


Po kilku godzinach słonecznej jazdy z urokliwej Pragi dotarliśmy do naszego bajkowego celu. Nim ruszyliśmy ku najbliższemu otoczeniu budowli, stawaliśmy co chwilę na poboczu, by wykonać dziesiątki zdjęć niczym z pocztówki. Okoliczne szczyty rozbudzały moją wyobraźnię jak mało co, jednak tym razem plany nie zakładały trekkingu, a jedynie eksplorację okolic zamku. Poza tym było już mocno po południu, zatem musieliśmy się pospieszyć, by zachód słońca podziwiać z nieco wyższych rejonów.


Oprócz samej czołówki, z bajkami Disneya tę budowlę łączy jeszcze jedna rzecz - marzenia. Jedni marzą o wielkiej miłości do końca świata, inni zaś o tym, by przekształcić ogromne fascynacje niemieckim średniowieczem, panowaniem Ludwika XIV  i muzyką Wagnera w budowlę. Mowa oczywiście o  panowaniu Ludwika II Wittelsbacha, króla Bawarii, który zlecił budowę zamku swoich marzeń. Władca – ekscentryk, wrażliwy dziwak i miłośnik sztuki, który niesamowicie zadłużył swoje państwo, między innymi przez budowanie kolejnych zamków, które, o ironio, dzisiaj zapewniają niebywałe wpływy do budżetu. Dla króla były one miejscem, w którym mógł się skryć przed światem i uciec od pogarszającej się sytuacji swojego kraju.
Alpy bawarskie

Czytałam, że samo zwiedzanie jest mocno problematyczne z powodu tłumów turystów, odwiedzających słynną budowlę, ale nie potwierdziło się to w praktyce - słynny most Marienbrücke, z którego widzimy Neuschwanstein w pełnej krasie był niemal pusty. Może to dlatego, że nasza Majówka to dla wielu ludzi po prostu środek tygodnia pracy. W połączeniu z wczesnym wieczorem to rozwiązanie idealne.
dojazd zamek disneya

Neuschwanstein zamek

Z uwagi na późną porę i brak chęci w zespole, odpuściliśmy sobie zwiedzanie wnętrza budowli, skupiając się na obejściu otoczenia Neuschwanstein i podziwianiu bajecznych widoków tej architektonicznej perły w sercu bawarskich Alp.
Neuschwanstein zamek

Disney Zamek

Samo podejście z parkingu pod wejście do zamku zajmuje około godziny - spacer dokoła drugie tyle, choć w naszym przypadku było to znacznie dłuższe doświadczenie. Byliśmy zauroczeni pobliskim Schwangau, który mieliśmy okazję oglądać w różnych odsłonach - przy zachodzącym słońcu i podświetlony po zmroku. Jednocześnie nie mogliśmy się zdecydować, czy przekładać myśli na słowa, czy jednak  zbierać żuchwę z podłogi w przerwie między wykonywaniem setek zdjęć. Niezwykłe uczucie. Mam nadzieję, że zdjęcia w niniejszym poście choć trochę je wam przybliżą.


Na parking wróciliśmy około 21:00, więc szybko zjedliśmy pozostałości z obiadu i ruszyliśmy w kierunku Drezna z wliczonym noclegiem w aucie na parkingu pośrodku niczego.

Informacje praktyczne:

Dojazd: w tym przypadku mieliśmy do dyspozycji auto, zatem posiłkowaliśmy się Google Maps, gdzie wpisaliśmy po prostu Neuschwansteinstraße, Schwangau, Niemcy

Parking: jest dostępny pod zamkiem w cenie 6 euro za dzień

Inne: jeśli jeździcie autem na gaz, zadbajcie o zabranie własnej przejściówki do tankowania, ponieważ jest z tym spory problem. Poza tym nie każda stacja benzynowa oferuje LPG.

Copyright © 2014 Sięgając nieba , Blogger