sobota, 11 listopada 2017

Warto prosić o pomoc. Tatry i Kończysty Wierch

Warto prosić o pomoc. Tatry i Kończysty Wierch
tatry zachodnie trasy
Aura za oknem i śnieg w Tatrach budzi we mnie wspomnienia jednego z najpiękniejszych zimowych przejść, które zrobiłam w styczniu 2016 r. Było to dzień po nieudanej próbie wejścia na Wołowiec i bardzo stresującym powrocie, więc byłam już mocno zmęczona psychicznie.

Tym razem nie nastawiałam się więc na nic konkretnego – ot, spacer na Trzydniowiański Wierch, a potem się zobaczy. Gdy tylko wyjrzałam przez okno schroniska, wiedziałam, że to musi się udać. Ten dzień przywitał mnie zimą jak z pocztówki. Szybkie śniadanie, herbata w termos, kumpel pod pachę i w drogę!
Kończysty wierch trasa
kończysty wierch starorobociański wierch
Szybkie rozgrzanie zapewnił mi trekking na Polanę Trzydniówkę, a stamtąd już rozpoczął się szlak na Trzydniowiański Wierch. Niech nie zwiedzie Was nieco nudnawy marsz między drzewami – to powyżej granicy lasu zaczyna się bajka. Około dwie godziny później dotarłam do pierwszego celu. Wbiło mnie w śnieg i nie mogłam się ruszyć z wrażenia. W jednej chwili zapomniałam o śnieżycy, pooranej twarzy, problemach z powrotem i zerowej widoczności dzień wcześniej. Najlepsze dopiero się zaczęło!


W głowie zaczął mi już majaczyć Starorobociański, ale wolałam nie zapeszać i spokojnie wejść najpierw na pierwszy tamtej zimy dwutysięcznik, Kończysty Wierch. Im wyżej, tym bardziej zaczynało wiać, a odczuwalna temperatura sięgała bodaj -20 stopni. Dołączyła do nas dziewczyna, która bała się iść sama, więc parliśmy pod górę we trójkę, osiągając tempo żółwia.



Ostatnie podejście nieźle mnie umordowało, a potem zrobiłam jedną z głupszych rzeczy, które można zrobić. Z radości, że udało mi się tu wdrapać, zdjęłam rękawiczki i postanowiłam napić się triumfalnego kielicha herbaty. Proste równanie: siarczysty mróz plus metalowy termos plus goła ręka i niefrasobliwość daje nam błyskawiczne odmrożenie. Dokładnie w momencie, w którym należy już założyć raki i pozostać w nich jak najdłużej. Pół biedy wiązanie, ale moje nie były nawet ustawione na długość, więc z ograniczonym czuciem w dłoniach sprawa była beznadziejna, zwłaszcza, że musiałam poradzić sobie sama.


Nie będę oceniać towarzyszy podróży, bo wszystkim było bardzo zimno i zakładanie raków było tu nie lada wyzwaniem. Wiało naprawdę mocno i każdy chciał jak najszybciej zejść niżej. Z uwagi na moją sytuację, decyzja była jasna – wracamy tą samą trasą i odpuszczamy Starorobociański. A ja schodzę bez raków, bo wyczarowanie lepszego rozwiązania było w tamtej chwili niemożliwe. Nie jestem osobą, która potrafi prosić innych o pomoc, choć dzisiaj wiem, że w tamtym przypadku powinnam. Nasze ślady zostały już solidnie zawiane, ale na szczęście ze szczytu schodziliśmy większą, około dziesięcioosobową grupą, więc prościej było torować w śniegu. Szybko oddałam pierwszą pozycję osobom za mną i ostrożnie schodziłam z tyłu, cały czas ruszając dłońmi, by je rozgrzać. W tym czasie czytałam akurat „Atak Rozpaczy” Artura Hajzera, więc moja wyobraźnia w zakresie odmrożeń wędrowała już niemal w Himalaje. :) 

Do schroniska dotarliśmy zmarznięci, ale szczęśliwi. I tak udało się więcej niż zakładaliśmy. Szybko rozgrzałam ręce i wypiłam piwo zwycięzcy. Dzień później ustawiłam łączenie raków na odpowiednią długość i do dziś nie pozwalam nikomu ich dotknąć i czegokolwiek przestawiać przed moimi wyjazdami.

czwartek, 2 listopada 2017

Złota polska jesień w Karkonoszach: Śnieżka

Złota polska jesień w Karkonoszach: Śnieżka

W tym roku jesień przyniosła nam iście pocztówkowe krajobrazy. Najpierw cieszyłam się nimi w Tatrach, a potem we wrocławskich parkach. Pozostał jednak niedosyt, jak zwykle. Decyzja zapadła w chwilę – Karkonosze. Ostatni raz dobrą widoczność ze Śnieżki miałam kilka lat temu, więc wybór padł na ten popularny cel.

Dodatkowym czynnikiem był test biletu zintegrowanego na podróż z Wrocławia do Karpacza. Ostatecznie jednak stanęło na podróży autem, bo moje zdolności organizacyjne o 4:00 są znacznie ograniczone, a dzień wcześniej wybrałam się spontanicznie na mecz lokalnej drużyny, więc nie pozostało mi wiele snu.

Tuż po 6:00 byliśmy już na miejscu. Tym razem towarzyszył mi kolega, po którym można było spodziewać się aprobaty dla niecodziennej pory wycieczki. Rozpoczęliśmy przy Kruczych Skałach, a zaczęło się ciekawie, bo popsuł mi się jeden kijek. Moje kolano było w kiepskim stanie po tatrzańskich wojażach, więc komfort wędrówki zapowiadał się przeciętnie. Ostatecznie okazało się, że z jednym kijkiem też się da.

Pierwszy dłuższy postój przyniósł bajeczne widoki na miasto, budzące się do życia. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto wstawać o nieludzkiej porze. Na szlaku słyszysz tylko własne kroki i oddech.
Karkonosze szlak na śnieżkę
karkonosze trasy
Stróż spod Jelenki :)
karkonosze trasa

Ten zachwyt nad kolorami i fantastyczną pogodą spowodował, że nasza droga na szczyt nieco się wydłużyła, ale zaowocowała wieloma zdjęciami. Już przed południem na Śnieżce było tłoczno i gwarno. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do takiego widoku, bo jeszcze do niedawna w górach bywałam głównie w środku tygodnia.
karkonosze trasy

Był to pierwszy od kilku lat trekking na Śnieżkę, który przyniósł mi wspaniałą widoczność. W końcu nie bez powodu jest ona nazywana kapryśną górą.
karkonosze
karkonosze trasy




Na drogę powrotną wybraliśmy czerwony szlak przez Dom Śląski i Schronisko nad Łomniczką, a później odbicie na szlak żółty, gdzie było zdecydowanie mniej ludzi, ale także sporo drzew liściastych, które idealnie nadawały się na jesienną sesję na stronę Łukasza. Serdecznie Was zapraszam do obejrzenia jego zdjęć, bo ma do tego niesamowite serce (i oczywiście oko). Próbka ze wspomnianego żółtego szlaku poniżej.

Informacje praktyczne:

Trudność: przy dobrej pogodzie jedynie kondycyjna. Zimą i przy dużych prędkościach wiatru Śnieżka może być bardzo niebezpieczna. Niektóre odcinki w jej pobliżu są na ten czas zamykane - sprawdzajcie informacje na stronie parku.

Szczyt: obecnie obserwatorium nie działa. Jest jednak czeski punkt gastronomiczny, gdzie istnieje możliwość zapłacenia w koronach i w złotówkach, również kartą.

Trasa:

wtorek, 24 października 2017

Solo czy w grupie? Druga strona medalu.

Solo czy w grupie? Druga strona medalu.
samotny wyjazd w góry

O plusach i zaletach podróżowania solo już trochę napisałam. Wspomniałam jednak, że jest kilka istotnych wad i czuję się w obowiązku przedstawić kilka z nich. Nie wpływa to na moje postrzeganie tematu, jednakże dobrze uzupełnia zagadnienie.

1. Niebezpieczeństwo

Wiele osób wspomina o nim w przypadku samotnych wyjazdów. To złożony temat. Pomijając zwykłą głupotę i brawurę, bo szkoda na to miejsca, wypadek może się zdarzyć każdemu z nas – pechowy krok, ruchomy kamień, poślizgnięcie i wypadek gotowy. Obecność drugiej osoby, a nawet piętnastoosobowej grupy tego nie zmieni. Mój najbardziej dotkliwy jak dotąd wypadek w górach miał miejsce podczas wędrówki z kolegą. Po prostu nieszczęśliwie stanęłam, poleciałam po skale i potłukłam sobie kolano. Skutków tego upadku nie złagodziłaby nawet spora grupa.

Jest jednak pewna bardzo istotna kwestia – jeżeli nieszczęśliwie upadniemy, zasłabniemy czy polecimy kilkadziesiąt metrów w dół, druga osoba jest w stanie błyskawicznie wezwać pomoc. Przy samotnych spacerach nie zawsze znajdzie się ktoś, kto akurat będzie w tym samym miejscu.

W pełni zdaję sobie z tego sprawę i akceptuję to, że jestem zdana sama na siebie i dobrze naładowany telefon.

2. Koszty

Nie oszukujmy się – wybierając opcję Samotny Wilk, musimy za to zapłacić i to niestety nie eurogąbkami. Jednoosobowy pokój na Szrenicy kosztuje 50 złotych za dobę, na Kalatówkach 95-140 złotych. Hotele litościwie przemilczę, a w wielu schroniskach nie ma nawet możliwości spania solo. Nie uważam tego za wielką wadę, bowiem nie jestem aż takim outsiderem. Kiedy mogę – rezerwuję noclegi jednoosobowe, ale 8 godzin z trzeba obcymi osobami także już przeżyłam. Co więcej – skończyło się to bardzo fajnymi znajomościami blogowo-podróżniczymi.
Podróżowanie samemu

3. Samotność wędrowca

Często pożądana, czasem jednak może napędzić stracha. Rykowisko jeleni po zmroku, dziwne odgłosy na zielonym szlaku do Doliny Pięciu Stawów czy stare oznaczenia na dawno zapomnianej trasie na Chełmiec. Wszystko to może nadmiernie pobudzić naszą wyobraźnię i napędzić stracha. W takich sytuacjach łatwiej jest podzielić się niepokojem z towarzyszem wędrówki, bo co dwie głowy to nie jedna. Jeśli więc dzwonię do Ciebie ze szlaku, to prawdopodobnie mój umysł wędruje zbyt daleko.

4. Dojazd

Ci, którzy, podobnie jak ja, są niezmotoryzowani, mają zdecydowanie mniej opcji na jednodniowe wypady, ale także na przemieszczanie się podczas dłuższego pobytu. Są miejsca, z których można zrealizować wiele pięknych spacerów, ale dostanie się do nich komunikacją publiczną jest na tyle problematyczne, że odpuszczam takie pomysły na okazję, gdy jednak będę mieć do dyspozycji auto.
podróżowanie samemu

5. Zdjęcia

Poważne sprawy na bok – gdy chodzisz sam, nie ma osoby, która mogłaby udokumentować twoje wyczyny. Jesteś zdany tylko na zdjęcie z ręki lub selfie-sticka! :)

Każda z tych sytuacji pokazała mi, że solowe wyjazdy mają także mniej ciekawe strony, ale nie zdołała przekonać do zmiany podejścia. Nadal sądzę, że zalet jest o wiele więcej niż wad. A wy? Jesteście w teamie solistów czy jednak wolicie wycieczki z towarzyszami?
Analogicznie do poprzedniego postu, żadne ze zdjęć, które widzieliście powyżej nie powstałoby podczas wędrówek solo. 

czwartek, 19 października 2017

Sama w góry? Zwariowałaś?! Samotne podróżowanie.

Sama w góry? Zwariowałaś?! Samotne podróżowanie.
samemu w góry
Każdy, kto mnie zna lub spotkał przynajmniej kilka razy, wie doskonale, że w górach jestem zawsze. Czasem fizycznie, a czasem myślami przy książce lub dobrym dokumencie. Zazwyczaj słyszę wtedy, że znajomi chętnie skorzystają z moich porad na temat tras wycieczkowych, ktoś skomentuje zdjęcia z miejsc, do których sam z różnych powodów się nie wybierze, ktoś jeszcze wyrazi podziw dla pasji czy determinacji.

Wszystko do czasu, aż padnie pytanie: a z kim Ty tak jeździsz?
-Sama.
-Sama?! Nie boisz się? To niebezpieczne!

A czego mam się bać? Niedźwiedzia? Utraty życia? Jak gdzieś fiknę, to nawet dziesięć osób dokoła mnie nie wyhamuje. Co innego z ewentualnym wezwaniem pomocy, ale o tym innym razem.

Jeśli ktoś z was również zastanawiał się nad tematem samotnych wyjazdów w góry, to postaram się przedstawić mój punkt widzenia na to zagadnienie.
samemu w góry
Śniadanie w pojedynkę
podróżowanie samotnie
Karkonoski spacer w idealnej ciszy

Dlaczego warto?

1. Sam na sam ze sobą

Jak kilkukrotnie wspominałam, mam tak, że codzienny kontakt z ludźmi nie jest mi potrzebny do życia. Mam wielu znajomych, lubię wyskoczyć na koncert lub pracować nad super projektem, ale, gdy wszystko kumuluje się zawodowo i prywatnie, odchorowuję to w pojedynkę. Samotne wędrówki to dla mnie oddech, który muszę złapać prędzej czy później. I pofilozofować trochę nad tym, co z nami będzie i dokąd tuptamy.

Nawet, jeśli jesteś duszą towarzystwa, podczas kilku dni sam na sam ze sobą możesz przemyśleć sobie różne kwestie, lepiej poznać siebie, swoje reakcje, a może po prostu zatęsknić za drugim człowiekiem.

Podczas takich wyjazdów przychodzą mi również do głowy coraz to nowe pomysły na blogowe tematy, na rozwój wszelkich kanałów społecznościowych, a także nowe działy.

2. Swoboda

Początek moich solowych wyjazdów był taki, jak u większości osób, które wybrały taką drogę.

Wyjazd z koleżankami w Tatry. Morskie Oko zrobione, Kościeliska i Chochołowska też, a ja czuję niedosyt. Przecież można odbić na Smreczyński Staw, można połączyć obie doliny pętlą przez Iwaniacką Przełęcz, można wejść na Ornak… Ale chętna jest tylko jedna osoba z tej grupy.

Wyjazd w Pieniny. Trzy Korony zdobyte, koleżanka chce wracać. A Sokolica, a Zamek Pieniński? Idzie ze mną, by nie wracać sama, ale jest wściekła, „bo ciągle pod górę”.
Wąwóz Homole. Przecież to prosta droga na Wysoką. Nie, w planach był wąwóz i dalej nie idziemy. Znów wracam zawiedziona.

Takich sytuacji miałam na pęczki. Być może to kwestia doboru towarzystwa na innym poziomie kondycyjnym – nie wiem i nie chcę wiedzieć.

Gdy jadę sama, wchodzę gdzie chcę, mogę rozszerzyć plan lub wrócić wcześniej, gdy będzie mnie bolec kolano. Nikt mi nie powie, że nie chce mu się wstać o 4:30, nikt nie będzie narzekał, że jest głodny i zmęczony, a ja wrócę zadowolona po solidnym zniszczeniu się.

3. Nie siedzisz w domu

Ja tu się rozpisuję o realizacji wariantów przejść, a przecież może się zdarzyć, że nigdzie nie pojedziesz. Bo ma padać, bo nocleg jest za drogi, bo ten weekend mam już zajęty. Jeśli uzależniasz swoje podróże od innych i nie lubisz jeździć solo, ryzykujesz wiele zmarnowanych weekendów. Może też zdarzyć się, że ktoś zrezygnuje w ostatniej chwili, a tobie pozostanie jeden wielki zawód.

O ileż łatwiej jest poinformować partnera czy koleżankę, że w weekend wyjeżdżam w Karkonosze i może się dołączyć. Pojedzie ze mną – fajnie. Wymówi się czymś – równie dobrze.
Z takim podejściem życie jest o wiele prostsze, bo omija nas jakiś kilogram frustracji.
W drodze na Śnieżnik. 

4. Poznajesz nowych ludzi

To, że jedziesz sam, nie znaczy, że będziesz wędrować samotnie. W schronisku dokwaterują kogoś do pokoju, w którym śpisz, w świetlicy dosiądzie się grupa ludzi, a wieczorem poznasz kolejne osoby przy winie. Wystarczy minimum zdolności interpersonalnych.

Zaleta jest taka, że następnym razem możecie wybrać się gdzieś wspólnie. Skoro ktoś spędza trzy dni w Roztoce, to jest szansa, że cierpicie na to samo schorzenie. :)

Jeśli więc obawiasz się samotnych wyjść w góry, dołącz do innych!
podróże solo
W drodze na Orlicę

Czy solowe wyjazdy mają tylko zalety?

Oczywiście, że nie, ale pozwólcie, że o minusach napiszę następnym razem. Gdyby nie podejście prezentowane wyżej, nie powstałoby żadne ze zdjęć z tego postu, nie zjadłabym śniadania nad Morskim Okiem i nie widziałabym najbardziej imponujących wschodów i zachodów słońca w moim życiu..
podróżowanie samotnie
Zachód słońca na Szrenicy

Przewaga bycia sam na sam z naturą jest dla mnie miażdżąca i niech mój punkt widzenia podsumuje poniższy cytat.

"Ja nie czuje się tam samotna. Myślę, że człowiek czuje się bardziej samotny wśród ludzi. A tam ta samotność, którą wybieram sama z własnej woli jest niczym złym. Można tam cieszyć się tą samotnością a tym bardziej powrotem do ludzi." Wanda Rutkiewicz

Informacje praktyczne:

1. Należy pamiętać o tym, by poinformować rodzinę i bliskich o swoich planach, koniecznie zostawić opis trasy i prognozowaną godzinę powrotu w miejscu, w którym śpimy, a także meldować się mamie, żeby nie posiwiała.

2. Jeżeli nie masz z kim pojechać, zajrzyj do grup typu Z Wrocławia w góry, Chętni na podróż czy Razem w góry. Kierowcy zwróci się koszt paliwa, a ty poznasz nowych ludzi i zaoszczędzisz czas na dojazd.

3. Naładuj telefon, dodaj sobie do kontaktu numer to służb ratunkowych i ściągnij aplikację Ratunek. To oczywiście dotyczy nawet grupowych wyjść w góry.

Wolicie podróżować solo czy z kimś? Dlaczego? Zapraszam do dyskusji.

piątek, 13 października 2017

Spotkanie jesieni z zimą: Szpiglasowy Wierch

Spotkanie jesieni z zimą: Szpiglasowy Wierch
Tatry Wysokie

Podobnie jak opisany wcześniej Wołowiec, Szpiglasowy Wierch jest świetną propozycją na pierwszy dwutysięcznik, tym razem w Tatrach Wysokich. Wchodzimy na niego tak zwaną ceprostradą, czyli żółtym szlakiem z Morskiego Oka, który ma postać ścieżki, ułożonej z kamieni. Drugi wariant wejścia prowadzi z Doliny Pięciu Stawów Polskich i jest nieco trudniejszy. Myślę, że nie jest to dobry pomysł dla początkujących, chyba że w warunkach letnich. Gdy zalega tam śnieg, bez raków ani rusz.

Po kilku dniach wędrowania po Tatrach Zachodnich, poczułam potrzebę obcowania z nieco większą ilością gołej skały. Piękna jesienna pogoda sprzyjała realizacji tego planu, więc zaplanowałam pętlę z Palenicy Białczańskiej przez Morskie Oko, Szpiglasowy Wierch do Doliny Pięciu Stawów i z powrotem na parking.
Szpiglasowy Wierch

9-kilometrowa wędrówka asfaltem pomogła mi się rozgrzać w ten nieco mroźny poranek. Tę trasę znam już na pamięć, ale zdarza się, że mnie czymś zaskoczy. Tym razem właśnie tak było – jeden rzut oka między drzewa i moim oczom ukazał się wspaniały widok, który kazał mi się zatrzymać na dłuższą chwilę, mimo napiętego harmonogramu. Zobaczcie sami!
Morskie Oko

By uczynić ten dzień jeszcze piękniejszym, poświęciłam dłuższą chwilę na postój w schronisku przy Morskim Oku. Po tak długim odwyku kawa za kilka złotych smakowała mi jak Dom Pérignon. Pełna dobrej energii ruszyłam wspomnianą ceprostradą. Droga na Szpiglasową Przełęcz jest bardzo przyjemna, bo nie daje mocno odczuć pokonywanych przewyższeń, a przy dobrej pogodzie gwarantuje niezapomniane widoki na Czarny Staw pod Rysami, Rysy, Mięguszowieckie Szczyty i oczywiście Mnicha. Ostatniego dnia września zima pokonała tu jesień i w wyższych partiach widoczność znacząco spadła.
Morskie Oko
Szpiglasowy Wierch

Dolina Pięciu Stawów

Wejście na szczyt ze Szpiglasowej Przełęczy zajmuje jedynie 15 minut. Po wejściu na Szpiglasowy Wierch mamy dwie opcje – powrót tą samą trasą lub zejście do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Zdecydowanie wolę robić pętle, zatem wybieram drugi wariant. Poniższe zdjęcia doskonale obrazują to, jak niewiele trzeba, by warunki w górach uległy diametralnej zmianie. Zejście do Piątki zajęło mi dużo więcej czasu niż zakładałam, ale wolałam zachować komplet zębów i obie nogi. :)
morskie oko
                                       tatry wysokie
szpiglas


Pogoda wynagrodziła mi to mozolne zejście i, chwilę po pokonaniu najtrudniejszej części szlaku, niebo się rozpogodziło, rzucając nieco słońca na Czarny Staw Polski.

Kolejny postój zrobiłam już przed schroniskiem w D5SP. A tam… Dziwy, panie, dziwy! Najpierw pani w adidasach spytała, jak dojść na Zawrat, bo koleżanki powiedziały jej, że musi się teraz dostać do Palenicy, a chwilę później para przy stoliku obok rozważała, czy zdąży skoczyć na Kozi Wierch i wrócić do schroniska przed zmrokiem. Była 16:00… Nie jestem typem górskiego zagajacza, ale w tym przypadku wolałam zainterweniować, niż czytać relacje w kronice TOPR.
dolina pięciu stawów



Dalsza trasa to już przyjemne zejście obok Siklawy, największego tatrzańskiego wodospadu, przez Starą Roztokę aż do Palenicy Białczańskiej. Oczywiście, jeśli macie czas, polecam poświęcenie kilkudziesięciu minut i spacer nad sam wodospad. Ja niestety musiałam się spieszyć, by zdążyć przed zmrokiem. Nie przewidziałam, że zejście ze Szpiglasa zajmie mi tak wiele czasu.

Podsumowując, gorąco polecam tę trasę każdemu, kto chciałby zmierzyć się ze swoim pierwszym tatrzańskim wyzwaniem, ale także tym, którym dotąd nie było po drodze z tym szlakiem. Dla mnie to jedna z najpiękniejszych panoram w tych rejonach.

Informacje praktyczne:
Trasa: Palenica Białczańska – Morskie Oko – Szpiglasowa Przełęcz – Szpiglasowy Wierch – Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich – Stara Roztoka – Palenica Białczańska




Parking: jedyny możliwy przy wejściu do TPN za jedyne.. 30 złotych za dzień

Trudność: latem niewielka, zimą wszystko może się zdarzyć. Można fiknąć przy podejściu na Szpiglas albo poślizgnąć się przy zejściu do Doliny Pięciu Stawów. Bardziej kreatywni mogą utknąć na Zawracie, schodząc do Palenicy.

niedziela, 8 października 2017

Do trzech razy sztuka: Wołowiec przez Grzesia i Rakoń

Do trzech razy sztuka: Wołowiec przez Grzesia i Rakoń
Tatry Dolina Chochołowska

Tatry Zachodnie. Wystarczy spojrzeć na dowolne ich zdjęcie, by dojść do wniosku, że jedyna trudność w wędrówkach polega na wypracowaniu w miarę dobrej kondycji. Jak jednak wiecie z jednej z moich relacji, nie warto sugerować się pierwszym wrażeniem, bo te rejony mogą być równie niebezpieczne jak Tatry Wysokie.

Przekonałam się o tym dwukrotnie – pierwszym razem trafiłam na fatalną śnieżycę, która odebrała mi  wszelką orientację w terenie i przysporzyła sporo strachu, drugim natomiast powalił mnie halny o prędkości, sięgającej niemal 100 km/h. Snowblind i When the Wild Wind Blows w praktyce.

Tym razem wszechświat był po mojej stronie – po wrześniowym załamaniu pogody, w Tatrach zapanowała złota polska jesień – taka idealna, książkowa. To musiało skończyć się dobrze. Człowiek miał stanąć na srebrnej górze.

Początek tej trasy to oczywiście parking na Siwej Polanie i nieco monotonne dojście do schroniska na Polanie Chochołowskiej. Mimo wszystko bardzo lubię tę rozgrzewkę, zwłaszcza, gdy jedyne, co niosę to aparat fotograficzny. :) Przy samotnych wędrówkach nie mam tego komfortu. Dodatkowo udało mi się pobawić chwilę ze szczeniakiem owczarka podhalańskiego.
tatry trasy grześ

Grześ Rakoń

Grześ Rakoń Wołowiec

Krótki przystanek w schronisku i chwilę później można się już zasapać, bowiem czeka nas podejście na Grzesia i Rakoń. Ten szlak znam jedynie w wydaniu zimowym, dlatego poświęcam kilkanaście minut na zdjęcia, moje pseudofilozoficzne rozmyślania, podziwianie ferii barw i ruszam dalej.  Już z Grzesia widać, że na Wołowcu panują zimowe warunki, ale napotkany po drodze turysta informuje, że to tylko wrażenie – samo podejście nie sprawia żadnych trudności i nie wymaga dodatkowego ekwipunku.

Chochołowska

 W tym momencie odetchnęłam z ulgą, bo przez dobrą chwilę miałam wrażenie, że znowu będę musiała odpuścić, a tego bym już nie zniosła. Pogoda na dalszej części szlaku była już mocno kapryśna – cel mojej wędrówki spowiły gęste chmury, a tempo marszu znacząco spadło z powodu zalegającego śniegu, na którym łatwo o poślizgnięcie.
dolina chochołowska



Nieco ponad pół godziny marszu z Rakonia i udało mi się wyrównać rachunki – Wołowiec został wpisany do mojego górskiego CV. Chmury, niczym na zawołanie, wykonały zgrabny taniec i przemieściły się w jednym kierunku po to, by  poprawić widoczność i zrekompensować dwie poprzednie próby. Jak zwykle na wymarzonych szczytach, zrobiłam kilka zdjęć, zjadłam triumfalnego banana i ruszyłam dalej.



Wołowiec Grześ Rakoń


We wstępnych założeniach planowałam zejść przez Kończysty Wierch, co bardzo polecam, jeśli dysponujecie odpowiednią ilością czasu. Ja wybrałam typowo zdjęciowe i luźne tempo, które i tak przyprawiło mnie o ból kolana, dlatego pozostał mi wariant zejścia Rakonia przez Wyżnią Dolinę Chochołowską. I tak zastał mnie zmrok, który w połączeniu z rykowiskiem jeleni stworzył niezły klimat. Nie bójcie się, te niepokojące dźwięki to nie niedźwiedzie, ale, jeśli spotkacie jakiegoś, to sprawdźcie, co wtedy zrobić.

Trasa, którą dziś zaproponowałam to klasyk w Tatrach Zachodnich. Jeżeli zdecydujecie się na jej rozszerzony wariant, to zwiedzicie spory kawał tego terenu. Myślę, że to dobra propozycja dla tych, którzy rozpoczynają przygodę z Tatrami i chcą zdobyć swój pierwszy dwutysięcznik, a także dla tych, którzy chcą poćwiczyć chodzenie w rakach na względnie bezpiecznym terenie. Wtedy samo podejście na Grzesia będzie świetnym treningiem. Dalszą wędrówkę pozostawiam waszej ocenie własnych możliwości.

Informacje praktyczne:

Trasa: Siwa Polana – schronisko na Polanie Chochołowskiej – Grześ – Rakoń – Wołowiec – Siwa Polana przez Wyżnią Dolinę Chochołowską

Czas: wzorcowo około 8,5 godziny, ale warto doliczyć trochę na jedzenie, zdjęcia i ewentualny odpoczynek

Widoki: przy dobrej pogodzie i po wyjściu ponad granicę lasu (pod Grzesiem) wspaniałe, ponieważ cały czas poruszamy się granią

Parkowanie/dojazd: przed wejściem na teren doliny znajduje się kilka sporych parkingów. Ja płaciłam 5 złotych za cały dzień, ale było to już po wysokim sezonie, więc można założyć, że koszt pozostawienia auta to około 10 zł. Oczywiście do Siwej Polany dojeżdżają także busy z Zakopanego. Kosztują kilka złotych w jedną stronę.
Copyright © 2014 Sięgając nieba , Blogger