czwartek, 21 września 2017

Jerzy Kukuczka - biografia

Jerzy Kukuczka - biografia
książka kukuczka

Niemal każdy Polak zna to nazwisko. Jerzy Kukuczka – heros, pierwszy Polak, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, z czego większość nowymi drogami, w pięknym stylu i bez tlenu, a to wszystko w zaledwie osiem lat.
A jaki był naprawdę? Na to pytanie w swojej książce starają się odpowiedzieć Dariusz Kortko i Marcin Pietraszewski.
himalaje wspinaczka

Początki

Podobnie jak w przypadku Wandy Rutkiewicz, Jerzy Kukuczka musiał dokonać wyboru pomiędzy dwoma dyscyplinami – podnoszeniem ciężarów a wspinaczką. Wybór był dla niego oczywisty:  „Dokonałem fantastycznego odkrycia. Skalna zabawa wciągnęła mnie tak bardzo, że wszystko inne przestało się dla mnie liczyć”.  Chwilę później Tatry pochłaniają go bez reszty. Kilka wariantów wspinaczki na Mnicha, północny filar Małego Durnego Szczytu, wreszcie próba przejścia północno-wschodniej ściany Kazalnicy Mięguszowieckiej, gdzie traci Partnera, Piotrka Skorupę. W swojej karierze śmierć będzie widział jeszcze wiele razy.
biografia kukuczka

Wyższe góry

Autorzy książki szczegółowo opisują wspinaczkową drogę Jurka. Tych z Was, którzy myśleli, że od początku był górskim asem, na pewno zaskoczy opowieść o jego pierwszym wyższym szczycie, McKinley na Alasce. Nieźle się tam odmroził, a na dodatek zapadł na chorobę wysokościową, co było później przedmiotem żartów. Kilka lat później kolegom nie było już do śmiechu.

Jurek biografia

Utalentowany sportowiec czy nierozsądny ryzykant?

Autorzy nie oceniają bohatera, a jedynie przedstawiają fakty i wypowiedzi jego kolegów oraz partnerów wspinaczkowych. Na uwagę zasługuje między innymi okres, kiedy Kukuczka wspina się z Wojtkiem Kurtyką. Prosty elektromonter, dla którego głównym celem jest zaliczenie wierzchołka i przesadnie ostrożny uduchowiony intelektualista, który ponad zdobycie góry za wszelką cenę stawia zdrowy rozsądek i bezpieczeństwo. Miłośnik golonki i tłustego jedzenia versus wegetarianin. To nie mogło się udać, a jednak! Ta dwójka weszła razem na Broad Peak, Gaszerbrum II i I, a w 1984 zrobili legendarny trawers całego masywu Broad Peak, po którym ich drogi się rozeszły. Powodem była niezgoda w sprawie przejścia świetlistej ściany Gaszerbruma IV. Okazało się, że różnice charakteru i podejścia do gór wreszcie zwyciężyły.

Podobnych sytuacji, gdzie cel przesłaniał zdrowy rozsądek było w karierze Jurka wiele i, dzięki świetnie poprowadzonej narracji i wielu wypowiedziom bliskich mu osób, bez problemu będziecie w stanie znaleźć odpowiedź na zadane wyżej pytanie.
Jurek


„Nie jesteś drugi, jesteś wielki”

Wiele osób zna Jerzego Kukuczkę jako drugiego na świecie zdobywcę Korony Himalajów i Karakorum, nie zagłębiając się specjalnie w cały proces. Czytając tę biografię, czujemy klimat każdej wyprawy i medialną presję, towarzyszącą „wyścigowi” z Messnerem, któremu obaj konsekwentnie zaprzeczali. Nie brakuje tu także łyżki dziegciu, która zmienia smak kolejnych sukcesów i rzuca cień na Jerzego oraz środowisko himalajskie. Tą łyżką są wypadki, które mają miejsce podczas zdobywania kolejnych szczytów.

18 września 1987 roku Jerzy Kukuczka staje na szczycie Sziszapangmy, która jest ostatnim szczytem w koronie. Dzieje się to rok po zdobyciu wszystkich 14 wierzchołków przez Reinholda Messnera. Tuż po zejściu dostaje telegram od „konkurenta”: „Nie jesteś drugi, jesteś wielki”, a w bazie czeka na niego 14 klusek śląskich z nazwami wszystkich szczytów.
Jerzy Kukuczka

Ostatnie wejście 

Czy po zakończeniu tak dużego projektu Kukuczka poświęci wreszcie czas żonie i synom? Czytający tę książkę na pewno nie będą zaskoczeni, że jeden cel zastąpi tutaj następny, a emerytura to nie plan dla Jurka. Reinhold Messner planuje przejść dziewiczą południową ścianę Lhotse i pomija Jerzego w kompletowaniu zespołu. Gdy przedsięwzięcie kończy się fiaskiem, ten widzi szansę na wykazanie się wbrew zdrowemu rozsądkowi i niesprzyjającym warunkom. Swoje himalajskie osiągnięcia rozpoczął od Lhotse i w 1989 roku historia zatoczyła koło – pod tą górą został na zawsze.


W przeciwieństwie do biografii Wandy Rutkiewicz, w tym wydawnictwie znajdujemy idealny balans między Jerzym – człowiekiem, a Jerzym – himalaistą z delikatną przewagą tego drugiego.

Przewija się tu wiele nazwisk, historii ze środowiska śląskich wspinaczy, wypowiedzi Cecylii Kukuczki, a wszystko to okraszone pięknymi, dużymi fotografiami i, co istotne, zapiskami z dziennika bohatera, które doskonale scalają wszystkie opowieści. To pozycja obowiązkowa dla każdego góromaniaka! A może zwłaszcza dla góromaniaka, bo łatwiej będzie zrozumieć wiele rzeczy, gdy góry kocha się bezwarunkowo.

poniedziałek, 18 września 2017

Broumowskie Ściany w deszczu

Broumowskie Ściany w deszczu
czeskie góry stołowe

Miniony weekend był moim pierwszym w pełni wolnym czasem od kilku tygodni. Dodatkowo okazało się, że zostanę słomianą wdową przez całe dwa dni, co mogło skutkować jedną tylko decyzją – posprzątam w domu. Żartowałam. Chciałam połazić po Sudetach. Prognozy pogody skutecznie mnie do tego zniechęciły – deszcz padający bez przerwy to dla mnie żadna frajda. Do soboty.

W facebookowej grupie „Z Wrocławia w góry” pojawił się post z propozycją wspólnego wyjazdu w Broumovskie Ściany. Z Pasterki przez Korunę, Skalną bramę i z powrotem, mniej więcej tak:


Dojazd do Pasterki za pośrednictwem komunikacji zbiorowej to mało komfortowy pomysł, dlatego, nim zdążyłam się zastanowić, zgłosiłam się na ochotnika do udziału w wycieczce. W międzyczasie prognozy pogody były coraz lepsze, jednak w dzień wyjazdu nie pozostawiały złudzeń.

Gdy nasza 15-osobowa ekipa dotarła na miejsce, jak na zawołanie zaczęło kropić. Nie było wśród nas ludzi z łapanki, zatem w dobrych humorach ruszyliśmy ku przygodzie.
góry stołowe

pasterka

pasterka pttk

sudety wschodnie

Obawiałam się, że tak liczna grupa bardzo mnie zmęczy, bo jednak ludzie nie są moim ulubionym gatunkiem ssaka i nigdy tego nie ukrywałam. Okazało się jednak, że moje obawy były bezpodstawne. Nieudane próby uzyskania prawa jazdy, zbieranie grzybów i gruzińskie wina to tylko niektóre z tematów, które umilały nam wędrówkę. Szybko dotarliśmy na Korunę, gdzie  po krótkim oczekiwaniu udało mi się zrobić kilka ujęć pięknego krajobrazu dokoła, a nawet pohuśtać przez kilka minut. Tak, na szczycie wisi huśtawka. :)
brumowskie skaly


pasterka pttk


Prosto z Koruny udaliśmy się ku Skalnej Bramie, a tam rozpadało się na dobre. W tych warunkach pierwsza część grupy zeszła wcześniej, podczas gdy pozostałe osoby robiły ostatnie zdjęcia. Zaczekałam na ostatnie sześć osób tuż obok Horskiej služby, pomagającej turystce z urazem nogi i wszyscy razem zaczęliśmy marsz w dół.
koruna huśtawka


Jak okazało się godzinę później, nasz beztroski marsz po ciekawie ułożonych głazach powinien zakończyć się po 300 metrach, a nie kilkudziesięciu minutach zejścia. Tym sposobem resztę trasy pokonaliśmy ścieżką rowerową i zresztą grupy spotkaliśmy się już w Pasterce. Wszyscy dotarli niemal równocześnie – zmoknięci, ale szczęśliwi. Zatrzymaliśmy się na końcu świata czyli w PTTK Pasterka, gdzie kierowcy wypili kawę i herbatę, a reszta wędrowców raczyła się piwem podawanym w wersji grzanej i chłodniejszej. Nie mogło zabraknąć także olbrzymich i pysznych pierogniewów. Wystarczy pobyć tu przez chwilę, by zostawić serce.


Informacje praktyczne:

Pogoda: deszcz nie jest czynnikiem, który powinien zniechęcać nas do wędrówek, ale należy bardzo uważać, idąc po kamieniach i w błocie, bo łatwo się poślizgnąć.

To był pierwszy egzamin dla mojego plecaka z pokrowcem przeciwdeszczowym. Sprawdził się śpiewająco. Jeśli rozglądacie się za czymś do wędrówek w różnych warunkach, polecam wybór plecaków, które takie pokrowce mają automatycznie pod spodem - wtedy nie będą sie zsuwać przy niestandardowych wymiarach. O kurtce przeciwdeszczowej chyba nie muszę pisać, bo to oczywiste.

Trudność: żadna. Trasa ta nie zawiera zawrotnych sum przewyższeń ani szczególnych utrudnień. Jeśli macie ochotę pokonać ją z dziećmi, bez problemu można skrócić pętlę i jest to wskazane, bo to jednak prawie 20 km marszu. 

Dojazd: z Wrocławia przez Kłodzko. My parkowaliśmy tuż przed schroniskiem Pasterka. Połowa września i aura sprawiły, że nie było problemu z miejscem. Trudno mi doradzić coś w szczycie sezonu turystycznego.

czwartek, 14 września 2017

Wanda Rutkiewicz - biografia

Wanda Rutkiewicz - biografia
Książki o tematyce górskiej zajmują w mojej biblioteczce i życiu wiele miejsca i czasu. Kiedy nie mogę być w górach, nadrabiam czytaniem o nich. Zakup biografii Wandy był naturalnym wyborem, nie tylko z powodu motywu przewodniego, ale i ogromnej fascynacji jej postacią. Gdybym miała znaleźć jedno słowo na jej określenie, powiedziałabym, że była nierozumiana. Rozumiem to doskonale, bo od zawsze przedkładałam moje zainteresowania i wybory nad oczekiwania innych ludzi, co często rzutowało na wszelkie relacje z nimi.

Być może dlatego ta książka wywarła na mnie tak ogromne wrażenie. A może to dlatego, że pokazuje Wandę nie tylko jako legendarną i niezłomną himalaistkę, ale także jako ciepłą i uczuciową osobę, która ukazywała się tylko nielicznym. Jest także druga strona medalu, którą pokazuje nam Anna Kamińska - nie każdy ocenia Rutkiewicz pozytywnie i może mieć ku temu co najmniej kilka przesłanek. Jedną z nich jest kradzież 2 tysięcy dolarów podczas jednej z wypraw tylko po to, by zrealizować własny cel, inną zaś jej drugie małżeństwo, zawarte wyłącznie dla pieniędzy na kolejne wyjazdy.
Duża część biografii poświęcona jest dzieciństwu himalaistki. Sądzę, że nawet zbyt duża, ale może to właśnie opis najmłodszych lat życia Wandy tworzy pełen obraz jej późniejszych wyborów.

Jej matka bujała w obłokach zaczytana w książkach i pochłonięta bywaniem na salonach, zatem mała Błaszkiewicz od najmłodszych lat opiekowała się domem i czuła na sobie presję bycia najlepszą. Każdy sport, z jakim miała do czynienia przynosił jej sukcesy, ale, gdy tylko zasmakowała Rudaw Janowickich, porzuciła ostatecznie siatkówkę i wybrała wspinaczkę. To, co było później znamy wszyscy: Tatry, Alpy i wreszcie Himalaje - klasyczna droga, którą przechodził niemal każdy legendarny himalaista. Jednak to ona, jako pierwsza kobieta w Europie i pierwsza osoba z Polski, zdobyła Mount Everest. Była także pierwszą kobietą na świecie, która stanęła na szczycie K2. I to w czasach, gdy kobiety nie były traktowane jako partnerki podczas tworzenia planów zdobycia kolejnych gór, a jedynie zbędny balast. Nieźle im utarła nosa, co?

Jeśli ktoś oczekuje szczegółowych opisów wypraw i pasm górskich, może czuć się zawiedziony. Autorka podczas licznych rozmów i analiz starała się narysować portret Wandy - człowieka, a nie tylko Wandy - himalaistki. Ludzi spoza środowiska górskiego może to zainteresować, a tych, którzy liczyli na rozrysowane dokładnie drogi wspinaczkowe, zanudzić. Mnie się taki sposób pisania biografii podoba, ponieważ osiągnięcia bohaterki znałam już wcześniej. Nie miałam natomiast pełnego obrazu jej osobowości. Myślę, że nawet po przeczytaniu tej książki długo mieć nie będę, ale na pewno wiem więcej.

W środowisku mówili, że była trudna w obyciu, miała swój świat i że do celu szła nawet po trupach, nie zważając na innych uczestników wypraw, a tym bardziej na swoich dwóch mężów, nad których przedkładała zawsze swoje podróże. A może to po prostu ambicja i wielka pasja, której zwykli śmiertelnicy nie są w stanie pojąć? Każdy oceni sam.

"Najbardziej drażni ludzi to, że ryzykujemy życie dla czegoś, co wydaje się kompletnie bezużyteczne, nikomu niepotrzebne. Ale może to jest potrzebne tym, którzy to robią! Może oni po prostu potrzebują tego, żeby żyć."

środa, 6 września 2017

Tatry: Rysy od strony polskiej

Tatry: Rysy od strony polskiej
Rysy

Przyznacie, że ludzie mają obsesję na punkcie NAJ. Każdy ulega tej magii. Rankingi najbardziej wpływowych ludzi, najpiękniejszych kobiet świata, najwyższych szczytów na Ziemi czy też najszybszych biegaczy z dalekich zakątków. Nie ma w tym nic złego – sama od dawna marzyłam o zdobyciu najwyższego szczytu w Polsce. Tę wiekopomną chwilę zaplanowałam na wrzesień 2016 roku. Rysy! Wreszcie!

Pierwszy dzień mojego urlopu w Tatrach nie wyglądał ciekawie – deszcz, plucha i potok zamiast szlaku. Wybrałam się więc do schroniska w Roztoce i na Rusinową Polanę, by nie marnować ani sekundy.

Prognozy na kolejny dzień były zaskakująco optymistyczne – lampa, upał i bezchmurne niebo. Nie zastanawiając się zbytnio, przygotowałam prowiant i ciuchy, by skoro świt ruszyć z Palenicy ku mojemu marzeniu. Asfalt do Moka jest bardzo nużący, ale tym razem miałam kompana swojej wędrówki, więc minęło zaskakująco szybko. Chwila oddechu, zdjęcia i hop - nad Czarny Staw pod Rysami.
Tatry Rysy od strony polskiej

Tatry polskie

Już od pierwszych chwil trekkingu wiedziałam, że to idealny dzień na wędrówkę. Do tego samego wniosku doszło także wiele innych osób, więc przy Czarnym Stawie było już gwarno. Po chwili przerwy na jedzenie ruszyliśmy z moim partnerem ku przygodzie. Cała trasa przebiegała mozolnie, bo taka właśnie jest - mocno kondycyjna, z dużą różnicą wysokości i stroma. Przy podejściu szczytowym, wraz z zabezpieczeniami w postaci łańcuchów spotkały nas kolejki jak po papier toaletowy! Bezpieczeństwo przede wszystkim, dlatego też w tym momencie zaprzestałam wykonywania jakichkolwiek zdjęć, lawirując między wędrującymi. Ostatnie metry przed szczytem to bardzo mocno eksponowany i wąski teren, zwłaszcza przy takich tłumach, zatem z bardziej szczegółową dokumentacją wędrówki zaczekam do mniej popularnego terminu.

Nie mogę nie wspomnieć tutaj, że spotkałam panią, chyba Niemkę, która schodziła z Rysów w sandałach. Mam wrażenie, że obuwie turystyczne i komentarze na jego temat to taki górski, nudnawy już, evergreen, ale wydaje mi się, że takie buty to jednak lekka przesada. To zdecydowanie nie jest molo w Sopocie i czuję się zobowiązana o tym wspomnieć.
Tatry Rysy od strony polskiej
Tatry Rysy

Cały ten dzień szybko zweryfikował moją wizję, że we wrześniu w górach jest już spokojnie. Nade wszystko pragnę pustki, wędrowania w ciszy, chłonięcia każdej sekundy, dlatego też zazwyczaj wybierałam skrajnie niepopularne miesiące - kiedyś musiałam się pomylić. Klimat na szczycie był trochę jarmarczny, ale nic nie było w stanie zepsuć mi jednego z najpiękniejszych dni w życiu. Posiliłam się suchą bułką z pasztetem sojowym, zrobiłam obowiązkowe kilka ujęć i udałam się z powrotem w kierunku Morskiego Oka, by zdążyć przed zmrokiem. Tak już mam z tymi wędrówkami - chłonę łapczywie każdą chwilę w Tatrach i później muszę spinać się przy powrocie.

Drogę do Palenicy wspominam nieciekawie, bowiem moje kolana dawały już mocno o sobie znać. Przy zejściu nogi dosłownie uginały się pode mną, a wiedziałam, że czeka mnie jeszcze monotonny spacer asfaltem. Po szybkim piwie triumfatorów w schronisku udaliśmy się do auta, by wrócić do pensjonatu na zasłużony odpoczynek.
Tatry

Ten dzień miał być najszczęśliwszym z możliwych, a okazał się jeszcze lepszy, bowiem przy wyjeździe z Palenicy leżał sobie głaz, który na widok świateł samochodu poruszył się leniwie i odszedł w kierunku lasu. Tak, na zwieńczenie tych wspaniałych kilkunastu godzin spotkaliśmy niedźwiedzia! Ledwo pamiętam, co działo się później, bo padłam jak długa. Zmęczenie i masa wrażeń zrobiły swoje, ale Dolina Kościeliska w ramach regeneracji dzień później weszła mi jak złoto. :)

A teraz garść informacji praktycznych:

Trasa: Palenica Białczańska – Morskie oko – Czarny Staw pod Rysami – Rysy i z powrotem

Czas przejścia: u mnie 15 godzin bardzo spacerowym tempem „zdjęciowym” z postojami, piwem powrotnym i przede wszystkim staniem w kolejce do wejścia...

Suma przewyższeń: +/- 1500 m. Wstanie z kanapy i wybór takiego celu nie jest więc dobrym pomysłem.

Trudność: Zdecydowanie nie jest to trasa na pierwszą (ani nawet trzecią) wizytę w Tatrach! Subiektywnie - dla mnie była to trudność jedynie kondycyjna, ale jeśli ktoś nie ma doświadczenia wysokogórskiego, to polecam najpierw spróbować wejść na przykład na Szpiglasowy Wierch i zrobić kilka prostszych wejść. Przy podejściu szczytowym trasa na Rysy jest mocno eksponowana, zatem miej to na uwadze, jeśli nigdy nie byłeś w wyższych górach.

Przygotowania: Na pewno polecam przygotować się kondycyjnie przed dłuższym urlopem w Tatrach. W czasie, gdy wchodziłam na Rysy bardzo dużo biegałam i znacznie ułatwiło mi to podejście. Jestem przekonana, że dziś, po kilkunastotygodniowej przerwie w aktywności fizycznej, pokonanie ostatnich metrów nie przyszłoby mi z taką łatwością jak wtedy.
Copyright © 2014 Sięgając nieba , Blogger