sobota, 14 kwietnia 2018

Mój pierwszy półmaraton - H2O Wrocław


Wiele rzeczy w życiu robię na wyrost i sprawdzam, czy umiem latać już po opuszczeniu krawędzi, z której skaczę.  Rzucam stałą i pewną pracę, bo mnie frustruje, choć nie mam jasnej wizji przyszłości. Zapisuję się na 5-kilometrowy bieg, choć nie umiem przebiec nawet 1000 metrów. Potem biegnę pierwszą dychę, choć powinnam leczyć kolano, a kilka miesięcy później w głowie majaczy półmaraton, bo przecież odkryłam już, że w tym szaleństwie jest metoda i motywacja do działania. Mija kilka tygodni i zapisuję się. Zobaczę, co stanie się tym razem.
fot. Jacek Urbanowicz

Mam cztery miesiące na przygotowanie się, więc biegam co drugi dzień, starając się, by przynajmniej jeden trening w tygodniu był długim wybieganiem. Wychodzi to różnie, bo biorę sobie na głowę więcej, niż wynosi doba. Początkiem 2018 r. moje kolano ma wyjątkowo kapryśny czas, bo ciągle męczę je w górach na 30-kilometrowych trekkingach, co także wpływa na regularność treningów. Mimo to, ani przez chwilę nie przychodzi mi do głowy myśl o rezygnacji z tego szaleńczego pomysłu.

Biegam i czytam kolejne artykuły w archiwalnych numerach Runner’s World. Jak się nie zesrać na trasie, jak trenować, co jeść… Pewnie i tak ostatecznie zrobię swoje. Nie zakładam żadnego konkretnego czasu - chcę po prostu przebiec ten dystans bez zatrzymywania się.

Rozpoczyna się tydzień startu, a ja czuję dziwny spokój. Słyszałam, że wielu ludzi dopada ogromny stres połączony ze zwątpieniem i zastanawiam się, kiedy poznam to uczucie. W czwartek, na 3 dni przed półmaratonem, dopada mnie paskudne przeziębienie. Katar, ból gardła i problemy z mówieniem nieco wybijają mnie z rytmu, bo należę do osób, które nie chorują nawet, gdy wszyscy dokoła kichają.

Pojawia się pytanie: odpuścić sobie i wykurować się w łóżku czy pobiec mimo wszystko? Odpowiedź jest jasna. Zakładam bluzkę z dłuższym rękawem, a dokoła ramienia wkładam chusteczki, bo saszetka oczywiście została w domu. Jeszcze trochę Otrivinu do nosa i można biec.

Tysiąc osób na starcie – ruszamy. W głowie zaczynają pojawiać się myśli o tym, czy organizm poradzi sobie z obciążeniem i nie padnie po drodze… Szybko się uspokajam i przypominam sobie, że mam żelazne zdrowie, a obecna sytuacja jest tylko wypadkiem przy pracy. Pierwsze 10 kilometrów mija mi zaskakująco szybko i bezboleśnie. Odliczam sobie od wodopoju do wodopoju i cały czas powtarzam: świetnie sobie radzisz. Właśnie biegniesz swój pierwszy półmaraton.
jak przebiec półmaraton
fot. Małgorzata Kliszczak

Później jest już nieco trudniej, bo słońce zaczyna prażyć wyjątkowo mocno, a mój długi rękaw okazuje się przydatny jedynie jako dodatkowa powierzchnia do transportu zasmarkanych chusteczek. Trzymam swoje żółwie tempo i powtarzam sobie, że jest super.

Zaczynam grać głową – po minięciu tabliczki z napisem „15 km” myślę sobie: „Fantastycznie ci idzie, zaczynasz 16. kilometr” i ten sam trick dodawania sobie metrażu powtarzam przy każdej kolejnej. Na 19. kilometrze nogi mam jak z ołowiu, a na drogę, jak gdyby nigdy nic, wchodzą małe świnio-warchlaki. Kilka dni później okazało się, że były one nawet przedmiotem dziennikarskiego śledztwa!

Meta jest w zasięgu nogi, ale nie przyspieszam, bo biegnę już na dwóch kłodach. Zrobiłam to. Jestem półmaratonką! Już nigdy nie będę narzekać, że ciężko mi się biegnie w zawodach na 10 km.

Jak zatem przebiec pierwszy półmaraton? 

Moja recepta jest prosta jak budowa cepa. Upewnij się, że potrafisz przebiec 15-17 km bez żadnego problemu, trenuj sumiennie i potem biegnij głową, nie myśląc o dystansie, który jeszcze niedawno wydawał się nierealny. Nie wymyślaj i nie kombinuj z jakimiś żelami i nie wiadomo jakimi specyfikami, bo to nie jest maraton ani bieg ultra. Wystarczy pić wodę i będzie dobrze, a żołądek nie zrobi nam niespodzianki. Na śniadanie w dzień startu zrobiłam sobie kanapki z pastami roślinnymi i dużą ilością warzyw, jak zwykle. Przed samym startem zjadłam sporo daktyli, żeby dostarczyć sobie najprostszego paliwa i tyle.

Co do wyników - nie znam się na tym, ale w internecie jest masa planów treningowych, więc bez trudu można przygotować się do osiągnięcia zakładanego czasu. Ja założyłam sobie jedynie ukończenie zawodów, żeby określić punkt wyjścia do kolejnych i to mnie uratowało, bo wystarczającym obciążeniem była tu choroba w połączeniu z dystansem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Sięgając nieba , Blogger