sobota, 30 czerwca 2018

6. PKO Nocny Wrocław Półmaraton: relacja

6. PKO Nocny Wrocław Półmaraton: relacja

Kwiecień 2018. Przebiegłam swój pierwszy półmaraton. Każda kolejna dycha wydawała mi się niczym w porównaniu z tym dystansem i oczywiście chciałam więcej, choć plan zakładał przebiec go choć raz. Padło na jedną z największych tego typu imprez, czyli 6. PKO Nocny Półmaraton w moim rodzinnym mieście.
Jak to zwykle bywa - przy zapisach euforia, w dzień startu trwoga. To naprawdę jest ten dzień, kiedy mam przebiec 21 kilometrów? I to w dodatku wtedy, gdy na co dzień już dawno śpię.

Z uwagi na to, że motywem przewodnim  tegorocznej edycji półmaratonu były klimaty disco, zabiorę Was w podróż muzyczną po mojej głowie, choć domyślam się, że może być ona nieco wyboista.

Każda strefa czasowa ruszała w rytm innego przeboju. Elicie i dwóm grupom najszybszych zawodników przypadły w głosowaniu utwory “Daddy Cool” Boney M i “YMCA” Village People. Kolejne dwie grupy biegły przy “Eye of a Tiger” i “Beat It”, moja natomiast zagłosowała niestety na “It’s My Life” Dr. Albana. W ostatnich sekundach przed startem preferencje muzyczne stanowiły jednak jeden z moich najmniejszych życiowych problemów. :)

Strzał, okrzyki kibiców i ruszamy. W tym całym oszołomieniu nie myślę o niczym i po prostu biegnę przed siebie.

1. km - słabo widzę i chyba nie ma to związku z tym, że nie mam na nosie okularów. Nie, chodzi o wielki reflektor, który maksymalnie ogranicza widoczność. Trudno, krok po kroku - dam radę.


3. km - podświetlony Most Grunwaldzki jest wspaniały. Jestem oszołomiona całą sytuacją.
fot. Gazeta Wrocławska


5. km - to już 25%?! Biegnie mi się tak przyjemnie, że aż trudno w to uwierzyć. Gra Metallica i Dyers Eve z albumu “...And Justice for All”. Jest naprawdę dobrze, a w uszach moc. Jeden z moich ulubionych krążków i ta energia.

7. km - pierwszy punkt odżywczy. Zamiast wody omyłkowo chwytam izotonik, choć planowałam, że nie będę spożywać nic, co może zaszkodzić żołądkowi. Na szczęście jest ok - biegnę dalej, ssąc kostkę cukru. Euforia z 5. kilometra trwa - nie czuję żadnego zmęczenia i na rondo Powstańców Śląskich wpadam drąc się wraz z Beatą: “Cooooo mi Panieeeeeeeeeee dasz w ten niepewny czas!”. Fakt, czas jest mocno niepewny, bo tempo jest nieco wyższe od zakładanego i już wiem, że znacznie poprawię wynik z kwietnia.

10. km - wszystko za sprawą kibiców i oprawy, lecę jak szalona. To już połowa, a ja czuję, jakby ktoś przywiązał do mnie dynamit. Biegnę i śpiewam. Gra mój ukochany Saxon i “Ride Like the Wind”. Wersy tego utworu idealnie pasują do tej sytuacji: “And I've got such a long way to go to make it to the border of Mexico, so I'll ride like the wind”. Ta granica to sam Stadion Olimpijski.

12. km
- wjeżdża Savatage i “Morphine Child”. Kurcze, ten riff nakręca mnie tak samo mocno o 5 rano, jak i o północy! Tym razem również znajduję niezwykle adekwatny werset: “Time is fading, night is calling, I am on my way.” Zostały 2 kilometry do kolejnego punktu z wodą.

14. km - witam się z zaprzyjaźnioną fundacją, ale nie pobieram wody. Wypiłam jej wystarczająco dużo chwilę wcześniej, więc szkoda mi czasu, zwłaszcza że wiele wskazuje na to, że uda mi się osiągnąć wynik znacznie lepszy, niż zakładany. Załącza się genialny Galahad i “Empires Never Last” - klasyk z 2006 roku.

17. km - nagle odcina mi prąd. Do mety pozostało nieco poniżej 5 km, a nogi zdają się być pokryte smołą. Boli mnie kostka i prawe kolano. Nastrój powoli siada, ale próbuję wzniecić płomień: dziewczyno, biegniesz półmaraton, jeden z największych w tym kraju - napieraj! Klapki na oczy i do przodu.

18. km - chwytam dwie kostki cukru, choć wiem, że w tej sytuacji pomógłby mi tylko banan albo coś, co zaspokoi głód. Marzę o daktylach, suszonych morelach, czekoladzie… Nic takiego nie ma, więc trzeba zacisnąć zęby i lecieć. Wtem załącza się Black Label Society i niezwykle energetyczny “Fire It Up”. Próbuję, ale nogi nie podają tak, jak tego oczekuję. “Keep moving on, keep moving on. Face your fear, accept your war, it is what it is.”

19-20. km - jedyne, co pamiętam z tego fragmentu, to ciągłe powtarzanie sobie, że mam się nie zatrzymywać i przebierać nogami. Ktoś mnie wyprzedza, za chwilę ja wyprzedzam jego. Część osób wraca już z medalami, więc trzeba biec, nie ma co się użalać. Nie patrzę na zegarek, żeby się nie zniechęcić.

21. km - widzę bramę Stadionu, to dobry znak. To ten obiecany finisz. Nie wiem już, co w uszach gra. Jest mi fantastycznie i źle zarazem. Chcę przekroczyć linię mety, łamiąc założony czas, co chyba mi się uda. Pracowałam na to całą trasę, więc te 3 kilometry nie powinny zmienić tego jakoś znacząco.

21,0975. km - meta! Mam to, kolejny półmaraton, czas poprawiony o kilkanaście minut, życiówka aż miło. Patrzę w czarne już niebo i uśmiecham się - wygrałam sama ze sobą. To jedyne zwycięstwo które mnie interesuje, bo jest najtrudniejsze.


Brzmi jak happy end? Po kilku minutach przychodzi sms, który w wolnym tłumaczeniu mówi: twój zakładany czas przekroczyłaś o.. 35 sekund. Płaczę, bo tylko to czuję w tej chwili. Nie liczy się już fakt, że poprawiłam poprzedni wynik aż o 12 minut. Nic się nie liczy. 35 sekund.

Dziś, po kilkunastu dniach, przepracowałam swój żal i cieszę się z efektu. Wyciągnęłam wnioski, wiem, co zrobiłam źle i co można było zmienić. Nie ma sensu się biczować - adidasy na nogi i trzeba pracować na jeszcze lepszy czas na kolejnych zawodach.

środa, 27 czerwca 2018

6 błędów w nazwach tatrzańskich

6 błędów w nazwach tatrzańskich

Błędne nazwy Tatry
Nazewnictwo w Tatrach to temat na książkę. Doczekało się ono wielu opracowań, a nawet pracy doktorskiej. Pochodzenie wielu nazw w tych górach  jest niezwykle ciekawe, bowiem wiąże się ściśle z historią, zamieszkującej je ludności. Oczywiście nawet w kartografii zdarzają się błędy, ale jest kilka miejsc, które, choć na co dzień odwiedzane przez wielu turystów, wciąż otrzymują nowe nazwy.

Starorobociański Wierch - ten najwyższy szczyt polskiej części Tatr Zachodnich najczęściej otrzymuje nazwę Starobociański Wierch. Może od starego bociana? Tymczasem jego nazwa pochodzi od Hali Stara Robota. Kiedyś była ona halą pasterską, a dziś nadal możemy oglądać ją, kierując się z Doliny Chochołowskiej ku Siwej Przełęczy.

W Zakopanym - tam właśnie niektórzy turyści szukają noclegów lub punktów gastronomicznych. Skoro złoto jest gdzieś zakopane, to ktoś uczynił je zakopanym. Proste, prawda? Nie do końca, bo nazwę Zakopane w narzędniku i miejscowniku odmieniamy jako Zakopanem. Już nawet Sławomir nie wytrzymał takiej niedbałej deklinacji i stworzył przebój, który ma pomóc milionom Polaków.

Skąd ta nazwa? Jedna z wersji przyjmuje, że niedaleko Poronina znajdowało się wykarczowane miejsce, które nazwano Kopane. Znalazł się jednak buntownik z wyboru lub z przymusu, który przeniósł się jeszcze dalej, właśnie Za Kopane.
Czarny Staw pod Rysami

Czarny Staw - nie jest to błąd sensu stricte, ale w polskich Tatrach mamy Czarny Staw pod Rysami, Czarny Staw Gąsienicowy i Czarny Staw Polski, zatem takie określenie może być bardzo nieprecyzyjne.
Rusinowa Polana

Idę od Wierch Poroniec - nazwy się deklinuje. Ta nazwa pochodzi od strumienia i polany Poroniec, zatem idziemy z górnej części tychże, czyli Wierchporońca. W jednym słowie.

Szczyt Zawrat - Zawrat jest przełęczą, która stanowi początek najtrudniejszego szlaku w polskiej części Tatr, Orlej Perci. Nazwa ta oznacza po prostu stromą przełęczą, zatem nawet jej etymologia wyklucza uznanie jej za szczyt.
Nazwey Tatrzańskie błędy

Siklawa - Siklawica - te nazwy czasami są stosowane wymiennie, tymczasem odnoszą się do dwóch różnych wodospadów w Tatrach. Siklawica leży w Dolinie Strążyskiej, czyli w Tatrach Zachodnich, a Siklawa to największy wodospad w Polsce i zlokalizowany jest w Tatrach Wysokich, nieopodal Doliny Pięciu Stawów Polskich. Warto o tym pamiętać.

Mam nadzieję, że ten krótki przegląd popularnych błędów w nazewnictwie okaże się dla was przydatny i czegoś was nauczy. Jeśli indeks tatrzański macie w głowie, zachęcam do podzielenia się tekstem z innymi turystami.

sobota, 23 czerwca 2018

Tatry: Kasprowy Wierch i Beskid

Tatry: Kasprowy Wierch i Beskid
Beskid Tatry Zachodnie

Czy wiesz, że Kasprowy Wierch można zdobyć pieszo, bez użycia kolejki? Wiem, że wiesz. Dziś zaprezentuję ci piękną widokowo trasę w Tatrach, która jest wystarczająco wymagająca, by się zasapać i zarazem prosta, by jej podołać, gdy stawiasz pierwsze kroki w wyższych górach.

Urlop i dziesiątki kilometrów w Tatrach to dla mnie synonimy, jednak w tym roku było nieco inaczej. Wszelkie plany i pomysły na trasy musiały ulec zmianie z uwagi na codzienne ulewy i burze, a także bieg, o którym decyzję podjęłam na dzień (a w zasadzie noc) przed wyjazdem. Nie oznacza to jednak, że próżnowałam - po prostu oszczędzałam się bardziej niż zazwyczaj.

Na Kasprowy Wierch ruszamy z Kuźnic. Już po kilku krokach od parkingu dostrzegam stado owiec, które w Tatrach nie powinno nikogo dziwić. Jest to jednak ostateczne potwierdzenie faktu, że nareszcie, po 8 miesiącach, znowu TU jestem i nikt nie odbierze mi tych wspaniałych chwil.
Trasa na Kasproyw Wierch Kuźnice

Aby dostać się na szczyt, wybieramy zielony szlak i trzymamy się go przez najbliższe trzy godziny. Nie oznacza to jednak nudnego człapania, bo widokowo szlak naprawdę robi robotę, czego dowodem są zdjęcia z niniejszego postu.

Kasprowy Kuźnice

Obserwując kursującą nad moją głową kolejkę i machające dzieci, wyobrażałam sobie następującą scenkę:

-Widzisz, synku? Jak nie będziesz się uczył, to będziesz musiał chodzić piechotą, jak ta Pani.

Po krótkim postoju na Myślenickich Turniach ruszamy dalej. Pogoda tego przedpołudnia jest fantastyczna, więc całą trasę wzbogacają panoramy Tatr Zachodnich.



Biorąc pod uwagę aurę, dochodzę do wniosku, że realizowana właśnie trasa była mocno asekuracyjna, ale szybko uspokajam się myślą o biegu i prognozowanych popołudniowych burzach.

Na Kasprowym, jak to na Kasprowym - jedzenie i picie za miliony monet, bo turyści z kolejki zapłacą dutki. Po chwili odpoczynku i zjedzeniu prowiantu, ruszamy na Beskid, od którego dzieli nas jedynie kilkanaście minut. Świnica kusi swym wierzchołkiem, ale szybko stawiam się do pionu: miało być lekko…


Teraz będzie już z górki i to dosłownie: Murowaniec w samym sercu Doliny Gąsienicowej i zejście do Kuźnic. Niestety, nawet tak prosty plan musiał się wysypać z powodu nieprzewidzianego wydarzenia.

Gdy chodzę po Tatrach, mam w sobie coś z dziecka - patrzę wszędzie, tylko nie pod nogi. Tym razem zapatrzyłam się na Kościelec i gruchnęłam z impetem na ziemię, potykając się o jakiś kamień. W pierwszej chwili myślałam, że jedynie obiłam i pozdzierałam sobie kolana i ręce, ale, kiedy próbowałam wstać i pójść dalej, okazało się, że nic nie widzę i dosłownie słaniam się na nogach. Nie wiem, co konkretnie się stało, bo trwało to zaledwie kilka minut. Podejrzewam, że za mocno pospinałam się paskami od plecaka i aparatu i przy upadku po prostu mnie odcięło. Na szczęście był ze mną mój partner, który szybko sprowadził mnie do Murowańca, gdzie energia wróciła bez przeszkód i skończyło się tylko na odrobinie stresu.

Po uzupełnieniu kalorii i płynów, ruszyliśmy w kierunku Kuźnic przez Przełęcz Między Kopami. Nie mogłam się zdecydować na to, czy zejść przez Dolinę Jaworzynki, czy jednak przez Boczań, więc rzuciliśmy monetą i padło na Jaworzynkę. Zapewne właśnie dlatego wybrałam Boczań. :)



Nad naszymi głowami latał śmigłowiec, więc tamtego dnia nie byłam jedynym pechowcem, który dostał żółtą kartkę od Tatr. Mam nadzieję, że i w tym przypadku wszystko skończyło się pozytywnie.

Trasa:

piątek, 15 czerwca 2018

Tatry: IX Bieg im. Zamoyskiego na Morskie Oko

Tatry: IX Bieg im. Zamoyskiego na Morskie Oko


Najpierw przychodzi pierwsze przebiegnięte 5 kilometrów, potem start w zawodach, marzenie o dyszce, kolejny bieg i kolejny. Gdzieś w tle majaczy półmaraton. Wreszcie poczułam, że w klasycznych zawodach w moim mieście mogę jedynie łamać własne czasy, bo odbywają się one ciągle w tych samych miejscach. Tak wylądowałam na swoich pierwszych biegach crossowych (w terenie naturalnym) z licznymi podbiegami. To było to! Las, palące mięśnie, słońce, przebijające się między drzewami…

A gdyby tak połączyć moją bezkresną miłość do gór i bieganie? Ta myśl nie dawała mi spokoju od kilku miesięcy, jednakże wiedziałam, że fizycznie znajduję się na etapie dalekim od tego typu startów. I tak z pomocą przyszedł mi Zakopiański Weekend Biegowy z Sokołem.

To cykl trzech biegów górskich na 10, 15 i 32 kilometry, który w tym roku idealnie pokrywał się z moim urlopem w Tatrach. Zupełnie spontanicznie postanowiłam wystartować w najkrótszym Biegu im. Zamoyskiego z metą nad Morskim Okiem. Przecież nie mogło być tak źle - tę trasę przemierzałam już dziesiątki razy.



Cały tydzień przed niedzielnym startem spędziłam na tatrzańskich szlakach, przez co każdego ranka moje łydki błagały o litość. Dzień przed startem spędziłam na spokojnym odpoczynku w aquaparku i po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że cała ta misja może nie być taka prosta.

Przejdźmy jednak do samych zawodów. Niedziela, 10 czerwca, budzik dzwoni o 5:00. Po raz pierwszy w trakcie urlopu wstałam lewą nogą i brakowało mi paliwa. Siedziałam w aucie ze skwaszoną miną, licząc, że kolejny banan pomoże mi się obudzić i da choć mały zastrzyk energii.

Na parkingu w Palenicy Białczańskiej było jeszcze pusto, jeśli nie liczyć 250 biegaczy w żarówiastych koszulkach. Jedni się rozgrzewali, inni coś jedli lub wymieniali wrażenia z pozostałych dwóch dni. Ja ciągle próbowałam zlokalizować swoją mentalną bazę. Na szczęście pogoda była idealna. Kilka poprzednich poranków obfitowało w mocno operujące słońce, a dzień startu przyniósł przyjemny chłód i małe zachmurzenie. Jeszcze tylko wspólna fotka i odliczamy.
fot. Andrzej Tomczyk

Nim się obejrzałam, wystartowaliśmy. Z uwagi na to, że odcinek Palenica - Moko ma 9, a nie 10 kilometrów, konieczne było zrobienie tzw. agrafki, czyli przebiegnięcie 500 m w górę, nawrotka do linii startu i dalej już do mety. To był najgorszy moment całego biegu, bo od razu ruszyliśmy mocno w górę, a ja biegłam.. ostatnia. Dosłownie! Byłam na szarym końcu, jak jeszcze nigdy w żadnej dziedzinie życia! Moje łydki były jak z gliny, zero pary w nogach, a na dodatek rozwiązała mi się sznurówka, przez co straciłam kolejne cenne sekundy. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że chyba nie dam rady tego przebiec i że może nie trzeba było tyle latać po Tatrach, może za słaba rozgrzewka, może ja jestem słaba, może…

Jednym słowem - głowa zaczęła mi nieco wariować. Wtedy szybko ochrzaniłam samą siebie i przypomniałam sobie, że to dopiero niecałe 2 kilometry biegu i że zawsze trzymam swoje tempo, nie zważając na tych, którzy startują na złamanie karku. Zaczęłam więc powoli truchtać i wyprzedzać kolejnych zawodników. Jakimś cudem nogi zaczęły podawać, a świadomość, że nie zamykam stawki była niezwykle przyjemna.

Niestety, zapomniałam zabrać zegarka, więc niespecjalnie orientowałam się w przemierzonym dystansie, ale z pomocą przyszedł mi jeden z zawodników, który oznajmił, że to już połowa. Połowa?! Byłam pewna, że ledwie zaczęliśmy. Uff, to już “z górki”.

Chwyciłam butelkę wody w punkcie odżywczym i, niewiele myśląc, pobiegłam z nią dalej, mijając kolejnych turystów, którzy patrzyli na nas jak na wariatów. Niektórzy z nich komentowali ten spektakl między sobą, inni dodawali otuchy, wyrażając swój podziw dla tej nietypowej formy dotarcia do Morskiego Oka. A ja sobie sapałam.

Ostatnie kilometry dały mi się we znaki, bo za każdym zakrętem znajdował się kolejny podbieg, który podczas klasycznego trekkingu jest niemal nieodczuwalny dla nóg. Ostatnie dwa kilometry przebyłam na autopilocie, czekając na moją największą nagrodę na mecie - TEN widok, który nigdy mi się nie znudzi.


Medale na mecie wręczał Marcin Świerc, mistrz Polski z biegach górskich, który dzień wcześniej wygrał 32- kilometrowy Bieg im. Marduły. Po porannym braku humoru zostało jedynie wspomnienie. W tamtym momencie, patrząc na Mięguszowieckie Szczyty, czułam, że chcę to robić do końca świata i że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. I to w dodatku nie ostatnim!



Copyright © 2014 Sięgając nieba , Blogger