piątek, 15 czerwca 2018

Tatry: IX Bieg im. Zamoyskiego na Morskie Oko



Najpierw przychodzi pierwsze przebiegnięte 5 kilometrów, potem start w zawodach, marzenie o dyszce, kolejny bieg i kolejny. Gdzieś w tle majaczy półmaraton. Wreszcie poczułam, że w klasycznych zawodach w moim mieście mogę jedynie łamać własne czasy, bo odbywają się one ciągle w tych samych miejscach. Tak wylądowałam na swoich pierwszych biegach crossowych (w terenie naturalnym) z licznymi podbiegami. To było to! Las, palące mięśnie, słońce, przebijające się między drzewami…

A gdyby tak połączyć moją bezkresną miłość do gór i bieganie? Ta myśl nie dawała mi spokoju od kilku miesięcy, jednakże wiedziałam, że fizycznie znajduję się na etapie dalekim od tego typu startów. I tak z pomocą przyszedł mi Zakopiański Weekend Biegowy z Sokołem.

To cykl trzech biegów górskich na 10, 15 i 32 kilometry, który w tym roku idealnie pokrywał się z moim urlopem w Tatrach. Zupełnie spontanicznie postanowiłam wystartować w najkrótszym Biegu im. Zamoyskiego z metą nad Morskim Okiem. Przecież nie mogło być tak źle - tę trasę przemierzałam już dziesiątki razy.



Cały tydzień przed niedzielnym startem spędziłam na tatrzańskich szlakach, przez co każdego ranka moje łydki błagały o litość. Dzień przed startem spędziłam na spokojnym odpoczynku w aquaparku i po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że cała ta misja może nie być taka prosta.

Przejdźmy jednak do samych zawodów. Niedziela, 10 czerwca, budzik dzwoni o 5:00. Po raz pierwszy w trakcie urlopu wstałam lewą nogą i brakowało mi paliwa. Siedziałam w aucie ze skwaszoną miną, licząc, że kolejny banan pomoże mi się obudzić i da choć mały zastrzyk energii.

Na parkingu w Palenicy Białczańskiej było jeszcze pusto, jeśli nie liczyć 250 biegaczy w żarówiastych koszulkach. Jedni się rozgrzewali, inni coś jedli lub wymieniali wrażenia z pozostałych dwóch dni. Ja ciągle próbowałam zlokalizować swoją mentalną bazę. Na szczęście pogoda była idealna. Kilka poprzednich poranków obfitowało w mocno operujące słońce, a dzień startu przyniósł przyjemny chłód i małe zachmurzenie. Jeszcze tylko wspólna fotka i odliczamy.
fot. Andrzej Tomczyk

Nim się obejrzałam, wystartowaliśmy. Z uwagi na to, że odcinek Palenica - Moko ma 9, a nie 10 kilometrów, konieczne było zrobienie tzw. agrafki, czyli przebiegnięcie 500 m w górę, nawrotka do linii startu i dalej już do mety. To był najgorszy moment całego biegu, bo od razu ruszyliśmy mocno w górę, a ja biegłam.. ostatnia. Dosłownie! Byłam na szarym końcu, jak jeszcze nigdy w żadnej dziedzinie życia! Moje łydki były jak z gliny, zero pary w nogach, a na dodatek rozwiązała mi się sznurówka, przez co straciłam kolejne cenne sekundy. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że chyba nie dam rady tego przebiec i że może nie trzeba było tyle latać po Tatrach, może za słaba rozgrzewka, może ja jestem słaba, może…

Jednym słowem - głowa zaczęła mi nieco wariować. Wtedy szybko ochrzaniłam samą siebie i przypomniałam sobie, że to dopiero niecałe 2 kilometry biegu i że zawsze trzymam swoje tempo, nie zważając na tych, którzy startują na złamanie karku. Zaczęłam więc powoli truchtać i wyprzedzać kolejnych zawodników. Jakimś cudem nogi zaczęły podawać, a świadomość, że nie zamykam stawki była niezwykle przyjemna.

Niestety, zapomniałam zabrać zegarka, więc niespecjalnie orientowałam się w przemierzonym dystansie, ale z pomocą przyszedł mi jeden z zawodników, który oznajmił, że to już połowa. Połowa?! Byłam pewna, że ledwie zaczęliśmy. Uff, to już “z górki”.

Chwyciłam butelkę wody w punkcie odżywczym i, niewiele myśląc, pobiegłam z nią dalej, mijając kolejnych turystów, którzy patrzyli na nas jak na wariatów. Niektórzy z nich komentowali ten spektakl między sobą, inni dodawali otuchy, wyrażając swój podziw dla tej nietypowej formy dotarcia do Morskiego Oka. A ja sobie sapałam.

Ostatnie kilometry dały mi się we znaki, bo za każdym zakrętem znajdował się kolejny podbieg, który podczas klasycznego trekkingu jest niemal nieodczuwalny dla nóg. Ostatnie dwa kilometry przebyłam na autopilocie, czekając na moją największą nagrodę na mecie - TEN widok, który nigdy mi się nie znudzi.


Medale na mecie wręczał Marcin Świerc, mistrz Polski z biegach górskich, który dzień wcześniej wygrał 32- kilometrowy Bieg im. Marduły. Po porannym braku humoru zostało jedynie wspomnienie. W tamtym momencie, patrząc na Mięguszowieckie Szczyty, czułam, że chcę to robić do końca świata i że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. I to w dodatku nie ostatnim!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Sięgając nieba , Blogger