poniedziałek, 23 lipca 2018

Karkonosze: Śnieżka i wschód słońca

Karkonosze: Śnieżka i wschód słońca


Wschody słońca bez wątpienia mają w sobie coś magicznego, ale większość ludzi woli oglądać je wyłącznie na zdjęciach, zwłaszcza latem, gdy wiąże się to z pobudką o nieludzkiej godzinie. Czasem jednak warto nieco przesunąć granicę, by doświadczyć mozaiki emocji.

Tym razem nie będę pisać Wam, jak dostać się na Śnieżkę, bo od tego są mapy, a opcji jest wiele. Jedną z nich prezentowałam jesienią.

Cała wyprawa pobudziła moje szare komórki do rozważań na temat siły charakteru. Znacie ten pogląd, że człowieka najlepiej poznaje się w górach? Głodny, zmęczony, z dziesiątkami kilometrów w nogach nie ma już siły na trzymanie maski na twarzy i pokazuje swoje prawdziwe oblicze.


Nie inaczej jest z nami samymi. Na fejsie jesteśmy nieustannymi zdobywcami, seryjnymi finiszerami maratonów i półmaratonów, gotowymi, by każdego dnia wstawać o 5:00 na kolejny trening. To oczywiste, że nie pokażemy ludziom tej drugiej twarzy - tego, że od miesiąca nie chce nam się biegać, bo jest za gorąco, czy tego, że kolejny szczyt okupiony jest czasem kilkoma przekleństwami, wypowiedzianymi pod nosem.

Dzień przed wyjazdem chciałam się wycofać. Zdjąć maskę herosa i przyznać sama przed sobą, że jestem wyczerpana psychicznie i fizycznie po naprawdę trudnym tygodniu. Że nie dam rady przeć całą noc pod górę i chcę po prostu położyć się do łóżka, robiąc wielkie nic, bo na więcej nie mam już siły.

Ostatecznie jednak wygrało szorstkie podejście do samej siebie i niezdolność do uznawania własnych ograniczeń i słabości. Pojechałam.


Po obfitych ulewach na szlakach była masa błota i stojącej wody, która co chwilę zalewała mi buty. Nie zwracałam na to uwagi, bo zachwyciła mnie mnogość gwiazd, których nie mam okazji zobaczyć w mieście, a już na pewno nie w takich okolicznościach.

Po drodze dopadł mnie kryzys energetyczny i pomyślałam, że nie wytrzymam do rana. Mimo przebierania nogami, miałam wrażenie, że jakikolwiek przystanek, choćby na zimnym kamieniu, spowoduje natychmiastowe zapadnięcie w długi sen. Postanowiłam więc zwolnić nieco tempo i poruszać się systematycznie do przodu bez zatrzymywania się.



Zaskakujące w tym wszystkim było to, że z ust nie wyszło mi ani jedno przekleństwo czy słowo narzekania. Mimo wyczerpania, w jakiś dziwny sposób celebruję te chwile i czerpię z nich radość. Radość, która wybuchła tuż po 5:00 na szczycie. Widoczność była wspaniała, a dzień budzący się do życia złapał mnie za serce. A może oczy łzawiły ze zmęczenia? Nie ma znaczenia, ważne jest bycie tu i teraz.

czwartek, 12 lipca 2018

Tatry: Siklawa i Dolina Pięciu Stawów Polskich

Tatry: Siklawa i Dolina Pięciu Stawów Polskich
jak dojść siklawa

Często dostaję od Was wiadomości, dotyczące szlaków dla osób, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z wyższymi górami. Dzisiejsza propozycja będzie doskonała dla tych, którzy chcą się trochę zmęczyć, ale nie czują się na siłach, by zmierzyć się z dużą ekspozycją w Tatrach.

Spacer rozpoczynamy od parkingu w Palenicy Białczańskiej, trzymając się czerwonego szlaku, wiodącego asfaltem, który ciągnie się aż do Morskiego Oka. My jednak skręcamy w prawo za Wodogrzmotami Mickiewicza, wybierając szlak zielony.



Prowadzi on przez Starą Roztokę aż do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Tego samego ranka przeczytałam ostrzeżenie o niedźwiedziu, który grasuje w tamtych okolicach i zachowuje się nienaturalnie, podchodząc do ludzi. To nieco zwiększyło moją czujność, ale nie przestraszyło mnie na tyle, by zrezygnować z tego wariantu.

Po niecałych dwóch godzinach dochodzimy do rozejścia się szlaków - czarny prowadzi stromym podejściem prosto do schroniska, zielony zaś obejmuje Siklawę, największy wodospad w Polsce. Oczywiście polecam wam wybór tejże wersji podejścia.



Ten widok robi niesamowite wrażenie - oczyszczające mentalnie kaskady wody, mokre kamienie, tęcza widziana między kroplami i ja - mały człowiek pośrodku tego wszystkiego.

Od Siklawy do schroniska dzieli nas zaledwie kilkanaście minut. Zamawiamy sałatkę i cieszymy się wspaniałym widokiem, rozpościerającym się dokoła. Pomiędzy turystami przechadza się lisica. Zebrani się cieszą, karmiąc ją kanapkami. Jest mi po prostu smutno, bo nie mają pojęcia, że skazują to zwierzę na śmierć.


 Synantropizacja dzikich gatunków to bardzo złe zjawisko, dlatego przypominam wpis o tym, czego nie robić w górach. Pamiętajcie o zabraniu nie tylko mapy, ale i mózgu, bo karmiąc dzikie zwierzęta robicie im ogromną krzywdę. 


Poranny plan zakładał Kozi Wierch, jednak zbierające się chmury zapowiadają rychłe nadejście burzy z deszczem. Nie tym razem.

Postanawiamy zejść przez Świstówkę Roztocką - to fantastyczna opcja dla tych, którzy chcą zaliczyć Morskie Oko tego samego dnia, a jednocześnie zobaczyć coś więcej niż leśny krajobraz. Zaczyna grzmieć, co dodaje nam siły w nogach. Zakładamy płaszcze przeciwdeszczowe i pędzimy do kolejnego schroniska, dbając o to, by nie stracić zębów na śliskich kamieniach.



Szybka kawa i ruszamy asfaltem w kierunku parkingu. Workowate płaszcze wyglądają tak zabawnie, że cały czas duszę się ze śmiechu. :) Nie ma nad czym ubolewać, nie pierwszy raz musiałam zmienić plany przez pogodę i przekonałam się już, że po moim powrocie góry nadal stoją na swoim miejscu. No, może z wyjątkiem sytuacji obrywu skalnego pod Niebieską Turnią.


Po dotarciu do auta przeczytałam informację o tym, że trzech totalnie pijanych Ukraińców kąpało się w Wodogrzmotach i sytuacja zakończyła się interwencją policji oraz mandatem. Mijałam ich na parkingu, kiedy siedzieli pod parasolem i wlewali w siebie puszki piwa. Nigdy bym nie pomyślała, że ktokolwiek w takim stanie wejdzie na szlak. Mało jeszcze wiem o świecie.

Informacje praktyczne:

  • Parking w Palenicy Białczańskiej kosztuje 25 zł za dobę i w sezonie warto tam być już w okolicach 6 rano. Serio!
  • W całej pętli mijamy aż trzy schroniska, bo po Morskim Oku można odbić jeszcze do mojej ukochanej Roztoki, więc o ciepły obiad nie musicie się martwić.
  • Co zrobić, gdy spotkasz niedźwiedzia? 
Trasa: 

wtorek, 10 lipca 2018

Alpy Bawarskie: Zamek Neuschwanstein

Alpy Bawarskie: Zamek Neuschwanstein
trasa zamek neuschwanstein

Zbliżająca się nieuchronnie trzydziestka nie przybliża mnie ani trochę do realizacji wszystkich marzeń z listy do zrobienia. Wręcz przeciwnie – każdego tygodnia dopisuję do niej kolejne pomysły i udaję, że doba jest z gumy. Na szczęście jeden z nich zapisałam już na kartach pięknych wspomnień.

Zamek Neuschwanstein zna każdy, kto kiedykolwiek oglądał bajki Disneya. Dzięki tym animacjom wiemy, że poślubienie nieznajomego to niezły pomysł, skutkujący długim i szczęśliwym żywotem.

Specyficzny zamek znany z czołówki to właśnie Neuschwanstein w miejscowości Schwangau w Bawarii. Sam pomysł udania się tam był nieco wariacki, bowiem głównym celem mojego wyjazdu ze znajomymi był koncert Rogera Watersa w Pradze. Z uwagi na to, że zbiegał się on z majówką, uznaliśmy, że do Wrocławia pojedziemy naokoło. Tak bardzo naokoło, że finalnie zrobiliśmy ponad 2 000 kilometrów.


Po kilku godzinach słonecznej jazdy z urokliwej Pragi dotarliśmy do naszego bajkowego celu. Nim ruszyliśmy ku najbliższemu otoczeniu budowli, stawaliśmy co chwilę na poboczu, by wykonać dziesiątki zdjęć niczym z pocztówki. Okoliczne szczyty rozbudzały moją wyobraźnię jak mało co, jednak tym razem plany nie zakładały trekkingu, a jedynie eksplorację okolic zamku. Poza tym było już mocno po południu, zatem musieliśmy się pospieszyć, by zachód słońca podziwiać z nieco wyższych rejonów.


Oprócz samej czołówki, z bajkami Disneya tę budowlę łączy jeszcze jedna rzecz - marzenia. Jedni marzą o wielkiej miłości do końca świata, inni zaś o tym, by przekształcić ogromne fascynacje niemieckim średniowieczem, panowaniem Ludwika XIV  i muzyką Wagnera w budowlę. Mowa oczywiście o  panowaniu Ludwika II Wittelsbacha, króla Bawarii, który zlecił budowę zamku swoich marzeń. Władca – ekscentryk, wrażliwy dziwak i miłośnik sztuki, który niesamowicie zadłużył swoje państwo, między innymi przez budowanie kolejnych zamków, które, o ironio, dzisiaj zapewniają niebywałe wpływy do budżetu. Dla króla były one miejscem, w którym mógł się skryć przed światem i uciec od pogarszającej się sytuacji swojego kraju.
Alpy bawarskie

Czytałam, że samo zwiedzanie jest mocno problematyczne z powodu tłumów turystów, odwiedzających słynną budowlę, ale nie potwierdziło się to w praktyce - słynny most Marienbrücke, z którego widzimy Neuschwanstein w pełnej krasie był niemal pusty. Może to dlatego, że nasza Majówka to dla wielu ludzi po prostu środek tygodnia pracy. W połączeniu z wczesnym wieczorem to rozwiązanie idealne.
dojazd zamek disneya

Neuschwanstein zamek

Z uwagi na późną porę i brak chęci w zespole, odpuściliśmy sobie zwiedzanie wnętrza budowli, skupiając się na obejściu otoczenia Neuschwanstein i podziwianiu bajecznych widoków tej architektonicznej perły w sercu bawarskich Alp.
Neuschwanstein zamek

Disney Zamek

Samo podejście z parkingu pod wejście do zamku zajmuje około godziny - spacer dokoła drugie tyle, choć w naszym przypadku było to znacznie dłuższe doświadczenie. Byliśmy zauroczeni pobliskim Schwangau, który mieliśmy okazję oglądać w różnych odsłonach - przy zachodzącym słońcu i podświetlony po zmroku. Jednocześnie nie mogliśmy się zdecydować, czy przekładać myśli na słowa, czy jednak  zbierać żuchwę z podłogi w przerwie między wykonywaniem setek zdjęć. Niezwykłe uczucie. Mam nadzieję, że zdjęcia w niniejszym poście choć trochę je wam przybliżą.


Na parking wróciliśmy około 21:00, więc szybko zjedliśmy pozostałości z obiadu i ruszyliśmy w kierunku Drezna z wliczonym noclegiem w aucie na parkingu pośrodku niczego.

Informacje praktyczne:

Dojazd: w tym przypadku mieliśmy do dyspozycji auto, zatem posiłkowaliśmy się Google Maps, gdzie wpisaliśmy po prostu Neuschwansteinstraße, Schwangau, Niemcy

Parking: jest dostępny pod zamkiem w cenie 6 euro za dzień

Inne: jeśli jeździcie autem na gaz, zadbajcie o zabranie własnej przejściówki do tankowania, ponieważ jest z tym spory problem. Poza tym nie każda stacja benzynowa oferuje LPG.

wtorek, 3 lipca 2018

Wschód słońca i Babia Góra - para nie do pary

Wschód słońca i Babia Góra - para nie do pary
Znasz to uczucie, kiedy siedzisz w ciepłym łóżku z kubkiem aromatycznej kawy i myślisz, że wejście na wschód słońca na Babią Górę to cudowny pomysł? Przypomnij je sobie o 3:15, gdy w egipskich ciemnościach szczękasz zębami na wysokości 1725 m.n.p.m. i podtrzymujesz powieki zapałkami. No, ale od początku.

Ewa, mój towarzysz tegorocznych podróży, rzuciła między słowami coś o wyjeździe w Beskid Żywiecki. Nie zarejestrowałam daty, ani szczególnego planu - i tak wiedziałam, że jadę. Po krótkiej analizie okazało się, że to wyprawa, która odbędzie się tuż po moim tatrzańskim urlopie. Fantastycznie - kolejna myśl, trzymająca w ryzach codzienność.

Ostatecznie wyklarowała się 5-osobowa grupa, która zgodnie przystała na plan wyprawy: popołudniowy trekking na rozruch, drzemka i wyjście na wschód słońca. Jeszcze w busie snuliśmy plany na temat szlaku, który obierzemy. Wtem rozpoczęła się zabawna dyskusja, która okazała się być moim najciekawszym wspomnieniem.

Ewa mruknęła: - Bo ja coś wymyśliłam…
Na to wszyscy: - O nie!
-Ale to nic groźnego, taka fanaberia. Wiecie, interdyscyplinarne podejście do pasji.
-Yyyy, to powiedz nam o co chodzi.
-Nie. Postawię na element zaskoczenia na szczycie.

Interdyscyplinarne podejście do pasji… Szybki przegląd zainteresowań towarzyszki podróży i chyba wiem:

-Nie mów, że wzięłaś porcelanę?!
-Tak, ale nie zabytkową. Nie jestem przecież nienormalna.

Jasne. Trochę się pośmialiśmy i przeszliśmy do innych tematów.

Po dotarciu do Zawoi, szybko udaliśmy się do pobliskiej karczmy. Jak się okazało, była ona po Kuchennych Rewolucjach Magdy Gessler. No i super, besos.
Jedzenie rzeczywiście było smaczne, ale szybko zostało zastąpione innym doświadczeniem. Dzień później, w Tabakowym Chodniku, odkryliśmy zgodnie, że jednak nie nazwisko słynnej restauratorki czyni klimat, bo druga karczma nie potrzebowała żadnej rewolucji, by poczynić takową w naszych wspomnieniach. Wspaniałe jedzenie, przemiła obsługa i poranne ciepło kominka - musicie tam zajrzeć.


Postanowiliśmy wejść na Mosorny Groń i wrócić do Zawoi pętlą przez Wodospad na Mosornym Potoku. Nim tam dotarliśmy nieźle się rozpadało, więc wyciągnęliśmy przeciwdeszczowy ekwipunek, nieśmiało formułując obawy o nocną aurę.

Na szczęście okazało się, że deszcz, choć bardzo silny, był tylko przelotnym opadem. Sam wodospad był dla mnie jednym z piękniejszych doświadczeń tego dnia. Nie znam się na numerologii, ale ten żywioł jest mi niezwykle bliski. Rwący nurt rzeki, uderzające o kamienie kaskady wodospadu czy mały górski potok to widoki, które zawsze zatrzymują mnie na dłuższą chwilę. Tak było i tym razem. Postanowiłam uchwycić to uczucie za sprawą krótkiego, 10-sekundowego filmu, do którego chcę wracać w stresujących chwilach.

Po powrocie do ośrodka udaliśmy się do łóżek, by wstać przed północą i ruszyć ku przygodzie białym busem. Tuż przed Przełęczą Krowiarki zastanowiło mnie to, dlaczego jedziemy tak wcześnie - przecież podejście na szczyt zajmie nam maksymalnie 2,5 godziny, a dopiero minęła północ! Jak na zawołanie, znowu pada deszcz… Tuż przed pierwszą w nocy ruszamy w trasę. Optymizm i wielkie nadzieje.
Po drodze stajemy zaledwie 2-3 razy, bowiem nie ma tu wielu przewyższeń, a w ciemnościach trudno cokolwiek podziwiać. Na szczyt docieramy o 3:15. Dużo za wcześnie, bowiem wschodu słońca można spodziewać się dopiero około 4:40. Staram się o tym nie myśleć i tańczę sobie w miejscu, śpiewając w myślach “You’re my heart, you’re my soul”. Nie oceniaj, jest środek nocy.
Jest to zdjęcie, którego nigdy nie planowałam publikować. Mina pod tytułem: jestem tu za karę, please kill me.
Po kilkudziesięciu minutach szczękania zębami we mgle, uznajemy zgodnie, że spektakularny wschód słońca nie będzie nam dany. Schodzimy.

Po pokonaniu 200 metrów przewyższeń chmury rozstępują się nieco, ukazując pojedyncze promienie słońca. Zaczynamy wątpić nieco w zasadność decyzji o zejściu, ale szybko przypominamy sobie odczuwalną temperaturę i zimny wiatr. Przystajemy na Kępie, by napić się kawy. To, co ukazuje się naszym oczom jest trudne do opisania, zarówno słowami jak i zdjęciami. W tym wspaniałym momencie Ewa wyciąga swoje filiżanki.



Jest to doświadczenie nieco mistyczne - szczękam zębami, dopiero odzyskuję czucie w palcach, a w pięknie zdobionej filiżance paruje kawa, którą piję, oglądając niebiletowany spektakl.

Zapominam o wszystkich niedogodnościach. Zimno, wiatr, zmęczenie - tego już nie ma. Jestem tu i teraz, a życie jest piękne.

Copyright © 2014 Sięgając nieba , Blogger