wtorek, 3 lipca 2018

Wschód słońca i Babia Góra - para nie do pary

Znasz to uczucie, kiedy siedzisz w ciepłym łóżku z kubkiem aromatycznej kawy i myślisz, że wejście na wschód słońca na Babią Górę to cudowny pomysł? Przypomnij je sobie o 3:15, gdy w egipskich ciemnościach szczękasz zębami na wysokości 1725 m.n.p.m. i podtrzymujesz powieki zapałkami. No, ale od początku.

Ewa, mój towarzysz tegorocznych podróży, rzuciła między słowami coś o wyjeździe w Beskid Żywiecki. Nie zarejestrowałam daty, ani szczególnego planu - i tak wiedziałam, że jadę. Po krótkiej analizie okazało się, że to wyprawa, która odbędzie się tuż po moim tatrzańskim urlopie. Fantastycznie - kolejna myśl, trzymająca w ryzach codzienność.

Ostatecznie wyklarowała się 5-osobowa grupa, która zgodnie przystała na plan wyprawy: popołudniowy trekking na rozruch, drzemka i wyjście na wschód słońca. Jeszcze w busie snuliśmy plany na temat szlaku, który obierzemy. Wtem rozpoczęła się zabawna dyskusja, która okazała się być moim najciekawszym wspomnieniem.

Ewa mruknęła: - Bo ja coś wymyśliłam…
Na to wszyscy: - O nie!
-Ale to nic groźnego, taka fanaberia. Wiecie, interdyscyplinarne podejście do pasji.
-Yyyy, to powiedz nam o co chodzi.
-Nie. Postawię na element zaskoczenia na szczycie.

Interdyscyplinarne podejście do pasji… Szybki przegląd zainteresowań towarzyszki podróży i chyba wiem:

-Nie mów, że wzięłaś porcelanę?!
-Tak, ale nie zabytkową. Nie jestem przecież nienormalna.

Jasne. Trochę się pośmialiśmy i przeszliśmy do innych tematów.

Po dotarciu do Zawoi, szybko udaliśmy się do pobliskiej karczmy. Jak się okazało, była ona po Kuchennych Rewolucjach Magdy Gessler. No i super, besos.
Jedzenie rzeczywiście było smaczne, ale szybko zostało zastąpione innym doświadczeniem. Dzień później, w Tabakowym Chodniku, odkryliśmy zgodnie, że jednak nie nazwisko słynnej restauratorki czyni klimat, bo druga karczma nie potrzebowała żadnej rewolucji, by poczynić takową w naszych wspomnieniach. Wspaniałe jedzenie, przemiła obsługa i poranne ciepło kominka - musicie tam zajrzeć.


Postanowiliśmy wejść na Mosorny Groń i wrócić do Zawoi pętlą przez Wodospad na Mosornym Potoku. Nim tam dotarliśmy nieźle się rozpadało, więc wyciągnęliśmy przeciwdeszczowy ekwipunek, nieśmiało formułując obawy o nocną aurę.

Na szczęście okazało się, że deszcz, choć bardzo silny, był tylko przelotnym opadem. Sam wodospad był dla mnie jednym z piękniejszych doświadczeń tego dnia. Nie znam się na numerologii, ale ten żywioł jest mi niezwykle bliski. Rwący nurt rzeki, uderzające o kamienie kaskady wodospadu czy mały górski potok to widoki, które zawsze zatrzymują mnie na dłuższą chwilę. Tak było i tym razem. Postanowiłam uchwycić to uczucie za sprawą krótkiego, 10-sekundowego filmu, do którego chcę wracać w stresujących chwilach.

Po powrocie do ośrodka udaliśmy się do łóżek, by wstać przed północą i ruszyć ku przygodzie białym busem. Tuż przed Przełęczą Krowiarki zastanowiło mnie to, dlaczego jedziemy tak wcześnie - przecież podejście na szczyt zajmie nam maksymalnie 2,5 godziny, a dopiero minęła północ! Jak na zawołanie, znowu pada deszcz… Tuż przed pierwszą w nocy ruszamy w trasę. Optymizm i wielkie nadzieje.
Po drodze stajemy zaledwie 2-3 razy, bowiem nie ma tu wielu przewyższeń, a w ciemnościach trudno cokolwiek podziwiać. Na szczyt docieramy o 3:15. Dużo za wcześnie, bowiem wschodu słońca można spodziewać się dopiero około 4:40. Staram się o tym nie myśleć i tańczę sobie w miejscu, śpiewając w myślach “You’re my heart, you’re my soul”. Nie oceniaj, jest środek nocy.
Jest to zdjęcie, którego nigdy nie planowałam publikować. Mina pod tytułem: jestem tu za karę, please kill me.
Po kilkudziesięciu minutach szczękania zębami we mgle, uznajemy zgodnie, że spektakularny wschód słońca nie będzie nam dany. Schodzimy.

Po pokonaniu 200 metrów przewyższeń chmury rozstępują się nieco, ukazując pojedyncze promienie słońca. Zaczynamy wątpić nieco w zasadność decyzji o zejściu, ale szybko przypominamy sobie odczuwalną temperaturę i zimny wiatr. Przystajemy na Kępie, by napić się kawy. To, co ukazuje się naszym oczom jest trudne do opisania, zarówno słowami jak i zdjęciami. W tym wspaniałym momencie Ewa wyciąga swoje filiżanki.



Jest to doświadczenie nieco mistyczne - szczękam zębami, dopiero odzyskuję czucie w palcach, a w pięknie zdobionej filiżance paruje kawa, którą piję, oglądając niebiletowany spektakl.

Zapominam o wszystkich niedogodnościach. Zimno, wiatr, zmęczenie - tego już nie ma. Jestem tu i teraz, a życie jest piękne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Sięgając nieba , Blogger